(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Children's Library | Biodiversity Heritage Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Planeta Tysiaca Ksiezycow"

Edmond Hamilton 

Planeta tysiaca ksi^zycow 

(The World with a Thousand Moons) 



Amazing Stories, December 1942 

Okladka: J. Allen St. John 

Ilustracje wewnatrz: 

Tlumaczenie Witold Bartkiewicz © Public Domain 

Oryginal tekstu i ilustracje zaczerpnieto z wydania Projektu Gutenberg. 

© Public Domain 

This text is translation of the novelette "The World with a Thousand Moons" 

by Edmond Hamilton, published by Project Gutenberg, May 10, 2010 [EBook 

#32317] 

According to the included copyright notice: 

"This etext was produced from Amazing Stories December 1942. Extensive 

research did not uncover any evidence that the U.S. copyright on this 

publication was renewed." 

It is assumed that this copyright notice explains the legal situation in 

the United States. Copyright laws in most countries are in a constant state 

of change. If you are outside the United States, check the laws of the 

appropriate country. 



Copyright for the translation is transferred by the translator to the 
Public Domain. 

This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with 
almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or 
re-use it under the terms of the Project Gutenberg License available online 
at www.gutenberg.org 




Las byl pieklem pelnym 
brutalnych bestii 



Nieublagana smierc bylajedna romantycznq rzeczq, ktdra mozna bylo znalezc na tej 
btyszczqcej chwalq tysiqca ksigzycow planecie. 



Rozdzial 1 
Rejs w poszukiwaniu przygod 



Wychodzac z budynku na ostry chlod marsjanskiej nocy, Lance Kenniston czul w duszy 
rownie zimna^ swiadomosc niepowodzenia. Zatrzymal si§ na chwile/. Jego szczupla poci^gla 
twarz, w swietle dwoch pe/dzaxych po niebie ksiezycow, wygladala na wre/cz wyne/dznial^. 

Rozejrzal si§ pozbawionym nadziei spojrzeniem po ciemnym porcie kosmicznym. Byl 
duzy, poniewaz to starozytne miasteczko na Syrtis stanowilo glowny port Marsa. Podwojne 
swiatlo przemieszczajaxych si§ w gorze ksiezycow, ukazywalo szereg statkow zadokowanych 
polu startowym — wielki liniowiec, kilka frachtowcow, maly lsniaxy krazownik i wiele 
innych mniejszych maszyn. Ale poniewaz nie byl w stanie zdobyc zadnego z tych statkow, 
jego nadzieje legly w gruzach. 

Obok Kennistona pojawila si§ jakas przysadzista, muskularna postac w bezksztaltnym 
ubiorze kosmicznym. To byl Hoik Or, Jowianin ktory czekal na jego powrot. 

- No i jak poszlo? - spytal Jowianin basowym szeptem. 



- To beznadziejne - odparl Kenniston ze zm^czeniem. - Nigdzie tutaj nie da si§ dostac 
zadnego malego kr^zownika, za zadna^ cen§. Gornicy meteorowi wykupuja^ wszystkie male 
statki. 

- Diabli nadali! - wymamrotal skonsternowany Hoik Or. - No i co teraz zrobimy? 
Polecimy na Ziemi§ i tam sprobujemy zdobyc jakis kr^zownik? 

- Nie mozemy tego zrobic - odparl Kenniston. - Przeciez wiesz, ze musimy wrocic na t§ 
asteroid^ w ci^gu dwoch tygodni. Trzeba kupic jakis statek tutaj. 

Desperacja spowodowala, ze w glosie Kennistona pojawilo si§ napi^cie. Na jego 
szczuplej, twardej twarzy widac bylo ponura^ swiadomosc katastrofalnej porazki. 

Wielki Jowianin podrapal si§ po glowie. Kiedy tak gapil si§ na pelen statkow port 
kosmiczny, jego zielona zmaltretowana twarz, w ruchomej poswiacie ksi^zycow, 
nieswiadomie przybrala wyraz zaklopotania i bezradnosci. 

- Ten lsniaxy maly kr^zownik, bylby dla nas akurat - wymamrotal Hoik Or, przygl^daj^c 
si§ stoj^cemu w poblizu blyszcz^cemu pojazdowi w ksztalcie torpedy. - Daloby rad§ 
zaladowac na niego caly towar, jaki musimy ze soba^ zabrac, a przy pomocy robotow, 
moglibysmy obsluzyc go we dwoch. 

- Nie ma najmniejszych szans na zdobycie tej maszyny - wyjasnil mu Kenniston. - 
Dowiedzialem sie/, ze zostala wyczarterowana przez gromad§ bogatych mlodych ludzi z 
Ziemi, ktorzy przylecieli tutaj zeby urzajizic sobie wyprawe; w poszukiwaniu przygod. 
Szefowa^ tej grupy jest dziewczyna o nazwisku Loring, dziedziczka Loring Radium. 

Jowianin zakl^l pod nosem. 

- Dokladnie taki statek, jaki jest nam potrzebny, a banda zepsutych dzieciakow 
wykorzystuje go w poszukiwaniu dreszczyka emocji. 

Kenniston wpadl na pewien pomysl. 

- Bye moze - powiedzial powoli. - do tego czasu zmexzyli si§ juz nieco t^ cala_ wypraw^, 
i sprzedadza_ nam statek. Chyba wybior§ si§ do Terra Hotel i zobacz§ si§ z ta^ panna^ Loring. 

- Pewnie, w kazdym razie przynajmniej mozemy tego sprobowac - zgodzil si§ z nim 
Hoik Or. 

Ziemianin popatrzyl na niego z niepokojem. 

- Hoik, czy nie powinienes siedziec po cichu? Patrol Planetarny ma na ciebie dluga^ 
kartotek^ i to juz od dosyc dawna. Gdyby ktos tie; rozpoznal. . . 

- Phi, przeciez oni mysl^, ze ja juz nie zyj§, nieprawdaz? - zadrwil Jowianin. - Nie ma 
zadnej mozliwosci, zeby nas zlapali. 

Kenniston nie byl tego taki pewien, ale za bardzo mu sie; spieszylo, by tracic teraz czas na 
dyskusje. Razem z ciezko kroczaxym Jowianinem, ruszyli wie/C z portu kosmicznego przez 
starozytne marsjahskie miasto. 

Ciemne ulice starego Syrtis, nie byly specjalnie zatloczone. Marsjanie nie byli istotami 
lubiaxymi prowadzic nocne zycie, i podczas tego okresu zimna i ciemnosci, jedynie niewielu 
z nich ruszalo sie; poza dom. Nawet ci chodzili opatuleni w ciezkie palta z syntwolu, z ktorych 
wystawaly tylko ich lyse czerwone glowy i ponure trupie twarze. 

W tym glownym porcie planety, krexilo sie; calkiem sporo Ziemian. Wiekszosc z nich, 
stanowili chelpiaxy sie; kosmiczni zeglarze, dostatnio wygl^daj^cy handlowcy i prosci gornicy 
meteorowi. Bylo rowniez kilku turystow, gapiaxych sie; na groteskowo wyglajiaj^ce stare 
budynki z czarnego kamienia, a na rogu, pod kryptonow^ lamp^, stalo dwoch me/zczyzn w 
szarych mundurach Patrolu, czujnie przygla^lajaxych sie; wszystkim przechodzaxym. 
Kenniston odetchn^l z ulg^, kiedy on i Jowianin, mineH obu funkejonariuszy, bez zadnych 
klopotow. 



Hotel Terra ulokowany byl w ogrodzie na obrzezach miasta, frontem do zalanego 
ksiezycowym swiatlem bezmiaru pustyni. Ten blyszczaxy szklany blok, zostal specjalnie 
zbudowany tak, by zaspokajac potrzeby rzeszy turystow z Ziemi, a wie/C w srodku panowaly 
warunki ziemskie. Sila ciezkosci, cisnienie powietrza i wilgotnosc wewnatrz budynku, ku 
wiekszej wygodzie zamieszkujaxych go gosci, utrzymywane byly dokladnie w zgodzie ze 
standardami na Ziemi. 

Kenniston czul si§ dziwnie przytloczony przez cieple, delikatne powietrze wewnatrz 
dobrze oswietlonego hallu. Sp^dzil juz tak wiele czasu z dala od Ziemi, ze mniej wi^cej 
zaadaptowal si§ do rzadszych i zimniejszych atmosfer. 

- Panna Gloria Loring? - powtorzyl nienagannie ubrany mlody czlowiek z Ziemi, 
siedzaxy w informacji. Jego wzrok oszacowal zniszczone kosmiczne ubiory Kennistona i 
wielkiego zielonego Jowianina. - Niestety, obawiam sie/. . . 

- Jestem tutaj, aby zobaczyc sie; z nia^ w waznych sprawach w interesach, osobiscie - 
ostro rzucil Kenniston. 

Chlod urz^dnika natychmiast stopnial. 

- Och, rozumiem! Wydaje mi si§, ze grupa panny Loring znajduje si§ obecnie w The 
Bridge. To nasza sala koktajlowa. . . na najwyzszym piefrze, 

Jadac z Holkiem Orem na gore/, pneumatyczna^ wind^, Kenniston czul sie; fatalnie nie na 
miejscu. Inni Ziemianie w kabinie, m^zczyzni i kobiety ubrani zgodnie z najnowsz^ moda^ w 
formalne stroje z polyskujaxego syntetycznego jedwabiu, wpatrywali sie; w niego i w 
Jowianina, tak jakby byli zdziwieni, w jaki sposob ktos mogl ich w ogole wpuscic do srodka. 

Swiatla, jedwabie i wykwintne zapachy, spowodowaly, ze Kenniston czul sie; jeszcze 
bardziej obdarty, niz faktycznie byl. Wszystkie te luksusy byly bardzo odlegle od twardego 
niebezpiecznego zycia, jakie prowadzil juz od tak dawna, pomie/dzy dzikimi asteroidami i 
ksiezycami planet zewneJrznych. 

W blyszczacej sali koktajlowej na najwyzszym pietrze hotelu, sytuacja jeszcze si§ 
pogorszyla. Glasytowe sciany i sufit, i zostalo tak zaprojektowane, by stwarzac wrazenie 
mostka nawigacyjnego statku kosmicznego. Orkiestra grala ukryta za sztucznym pulpitem ze 
sterami, przyrzadami i urzadzeniami sterujaxymi silnikami rakietowymi. Na scianach dla 
ozdoby wisialy bezsensowne mapy kosmiczne. Kenniston pomyslal sobie pogardliwie, ze byl 
to dokladnie taki rodzaj pretensjonalnego kiczu, jaki powinien przemawiac do turystow. 

- Ale tlum! - wymamrotal Hoik Or, omiatajac wzrokiem stoly peine bogato ubrany ch i 
obwieszonych bizuteri^ ludzi. Jego male oczka rozblysly. - Co za miejsce do pladrowania! 

- Zamknij siej - pospiesznie wymruczal Kenniston. Spytal kelnera o grup§ panny Loring, 
i zostal poprowadzony do stojaxego w rogu sali stolika. 

Siedzialo przy nim kilku ludzi, w wiekszosci mlody ch mezczyzn i dziewczat z Ziemi. 
Popijali rozowe marsjahskie wino deserowe, za wyjatkiem wygladajaxego na 
naburmuszonego mlodziehca, ktory pozostal przy ziemskiej whisky. 

Jedna z dziewczat odwrocila sie/, i kiedy kelner wyszeptal jej unizenie kilka slow, 
zmierzyla Kennistona chlodnym, obrazliwie obojeJ;nym spojrzeniem. 

- Nazywam si§ Gloria Loring - wycedzila przez zeL>y. - W jakiej sprawie chcial si§ pan 
ze mna^ widziec? 

Miala ciemne wlosy, byla szczupla i zaskakujaco mloda. W jej nagich ramionach, 
odslonieJych przez zlota^ elegancka^ sukni§, widoczne byly niemal dzieci^ce linie. Kenniston 
zauwazyl jednak, ze jej nieklamany wdziek i piekno, psul znudzony wyraz czystych ciemnych 
oczu i pogardliwie opadajace kaciki ust. 

Siedzaxy kolo niej pucolowaty, rozowy mlodzian, wpatrywal si§ z udawanym 
zdumieniem i groza^ w stojaxego za Kennistonem pokiereszowanego Jowianina. Odstawil 
swoj kielich w teatralnym gescie grozy. 

- Ten marsjahski trunek mnie rozlozyl! - zawolal. - Widz§ male zielone ludziki! 



Hoik Or natychmiast rzucil si§ rozgniewany do przodu. 

- Ty zasmarkany szczeniaku. . . 

Kenniston pospiesznie powstrzymal go gestem reki. Odwrocil si§ z powrotem w strong 
stolu. Niektore z dziewczaj; chichotaly. 

- Uspokoj sie/, Robbie - powiedziala Gloria Loring do mlodego pucolowatego 
dowcipnisia. Potem zwrocila swoje chlodne spojrzenie z powrotem na Kennistona. - A wie/C? 

- Panno Loring, dowiedzialem sie; w porcie kosmicznym, ze wyczarterowala pani pewien 
maly krazownik, Sunsprite - wyjasnil Kenniston. - Rozpaczliwie potrzebuj^ tego typu statku. 
Gdyby mogla pani z niego zrezygnowac, chemie zaplacilbym za pani czarter niemal kazda^ 
cenejakiej pani zaz^da. 



Uziewczyna spogl^dala na niego ze zdziwieniem. 

- A niby dlaczego, na Boga, mialabym odstajiic panu nasz krazownik? 
Kenniston odparl z zarliwosciaj 

- Pani grupa moze rownie dobrze, a przy tym znacznie wygodniej, podrozowac 
liniowcem. A zdobycie takiego kr^zownika jest w tej chwili dla mnie sprawa^ zycia lub 
smierci. 

- Panskie sprawy w ogole mnie nie interesuja^ panie Kenniston - wycedzila powoli 
Gloria Loring. - A juz z pewnoscia^ nie zaproponuj^ zmiany naszych planow, tylko po to, aby 
pomoc jakiemus obcemu czlowiekowi w rozwi^zaniu jego problem 6w. 

Kenniston zarumienil si§ z powodu tej chlodnej przygany. Stal tarn, czujax nagly 
przyplyw gwaltownej niech^ci do calej tej grupy rozpieszczonych smarkaczy. 

- Poza tym - mowila dalej dziewczyna, - wybralismy do tej podrozy krazownik, 
poniewaz chcemy zejsc z utartych szlakow wytyczanych przez trasy liniowcow i zobaczyc 
cos nowego. Polecimy sta^d na ksiezyce Jowisza. 

Kenniston uswiadomil sobie, ze ci znudzeni, zepsuci mlodzi ludzie, wyruszyli w kosmos 
wyl^cznie w poszukiwaniu dreszczyka emocji na mie/dzyplanetarnym pograniczu. Jego 
niech^c do nich jeszcze wzrosla. 

Mlody czlowiek o czerstwej i trzezwej twarzy, ktory wydawal si§ bye nieco starszy i 
bardziej powazny od reszty towarzystwa, probowal przemowic dziedziczce do rozs^dku: 

- Gloria, malo doswiadczeni podroznicy kosmiczni, tacy jak my, na zewnetanych 
planetach, latwo moga^ pasc ofiara^ paralizu grawitacyjnego - powiedzial do dziedziczki. - 
Wydaje mi sie/, ze nie powinnismy wypuszczac sie; dalej niz na Marsa. 

Gloria popatrzyla na niego kpi^co. 

- Jezeli tak bardzo si§ obawiasz, Hugh, to dlaczego zostawiles swoje mile, bezpieczne 
biuro na Ziemi, i wyruszyles razem z nami? 

Pucolowaty mlodzieniec, o imieniu Robbie, rozesmial si§ glosno. 

- Wszyscy wiemy, dlaczego Hugh Murdock z nami polecial. To nie dreszczyku emocji 
pozaxla, ale ciebie, Gloria. 

Wszyscy zaczeH kompletnie ignorowac Kennistona. Poczul, ze zostal odprawiony, ale 
desperacko nie chcial sie; przyznac do utraty ostatniej nadziei na zdobycie statku. W jakis 
sposob musi przeciez wykombinowac ten krazownik! 

Przyszedl mu do glowy pewien podstej). Jezeli te zepsute snoby nie chca_ zrezygnowac ze 
swojego statku, to moze przynajmniej uda mu sie; ich sklonic, aby udali sie; tarn, gdzie jemu 
pasuje. 

Kenniston zawahal si§. To moze oznaczac, ze poprowadzi ich prosto w paszcz§ 
smiertelnego niebezpieczehstwa. Ale od tego zalezy ludzkie zycie. Czlowieka, ktory wart byl 
wi^cej, niz ci wszyscy mlodzi prozniacy razem wzie/ti. Zdecydowal sie/, aby sprobowac. 



- Panno Loring, jezeli poszukuj^ panstwo przygod i emocji, to bye moze b§d§ w stanie 
ich dostarczyc - zaproponowal Kenniston. - Bye moze dzie/ki temu be/dziemy mogli polaxzyc 
nasze sily. Co byscie panstwo powiedzieli na podroz w poszukiwaniu najwi^kszego skarbu 
Ukladu Slonecznego? 

- Skarb? - zawolala z zaskoczeniem dziedziczka. - Gdzie on jest? 

Wszyscy nachylili si§ w jego strong, z szybko rosnaxym zainteresowaniem. Kenniston 
wyraznie widzial, ze chwycili zastawiona^ przez niego przyn§t§. 

- Czy slyszeli panstwo moze o Johnie Darku, slawnym piracie kosmicznym? - spytal. 
Gloria potwierdzila glow^. 

- Oczywiscie. Serwisy telewiadomosci peine byly informacji o jego wyczynach, dopoki 
Patrol kilka tygodni temu nie pochwycil i nie zniszczyl jego statku. 

Kenniston poprawil ja; 

- Patrol odnalazl statek Johna Darka na jednym z asteroidow, ale nie zniszczyl go 
zupelnie. Ostrzelali statek piracki podczas walki w locie, zamieniajac go we wrak. Ale 
zniszczony statek Darka zdryfowal do niebezpiecznej strefy pelnej rojow meteorow, gdzie nie 
mogli za nim poleciec. 

- Tak, teraz pamietam. Wlasnie tak to przedstawialy serwisy teleinformacyjne - 
przyznala dziedziczka. - Ale twierdzono tez, ze Dark i jego zaloga bez watpienia zostali 
zabici. 

- John Dark - kontynuowal Kenniston, - podczas swojej kariery zrabowal dziesiatki 
statkow. Nagromadzil stosy bizuterii i cennych metali. I trzymal to przy sobie, na swoim 
statku. Ten skarb tingle znajduje si§ w zaginionym wraku. 

- Skad pan to wie? - zapytal bez ogrodek Hugh Murdock. 

- Poniewaz sam, osobiscie odnalazlem wrak statku Darka - odparl mu Kenniston. 
Nienawidzil Igac w podobny sposob, ale zdawal sobie sprawe/, ze nie ma wyboru. 



JVenniston brnal dalej. 

- Jestem z zawodu gornikiem meteorowym. Dwa tygodnie temu moj jowiahski partner i 
ja, poszukiwalismy nasza^ mala^ rakieta^ cennych surowcow, w zewnefrznej cz^sci strefy 
asteroidow. Nasze zbiorniki powietrza zaczynaly juz swiecic pustka^ i aby je ponownie 
napelnic, wyl^dowalismy na asteroidzie o nazwie Westa. To wielka asteroida, ktora^ czasami 
nazywa si§ Planet^ Tysiaca Ksiezycow, poniewaz krazy wokol niej roj zlozony z setek 
meteorow. 

- To niesamowity, porosnieJy dzungla^ swiat, zamieszkiwany przez pewne bardzo 
dziwaczne rodzaje zywych stworzeh. Podczas ladowania, moj partner i ja zauwazylismy 
miejsce w dzungli, w ktorym rozbil si§ jakis wielki obiekt. Wkrotce odkrylismy, ze byl to 
statek Johna Darka. Wrak dryfowal przed siebie, dopoki nie rozbil si§ na Wescie, niemal 
kompletnie zagrzebujac si§ w ziemi. Nikt na nim oczywiscie nie przezyl. 

Kenniston podsumowal swoja^ opowiesc: 

- Wiedzielismy, ze skarbiec Darka musi bye pogrzebany gdzies w szczatkach statku. 
Wydobycie wraku wymagaloby jednak uzycia maszyn i odpowiedniego sprzetu. A wi§c, 
wrocilismy tutaj, na Marsa, z zamiarem zakupu malego krazownika, zaladowania na niego 
niezb^dnego wyposazenia, a nast^pnie powrotu na West§ i znalezienia skarbu. Tyle tylko, ze 
nie udalo nam si§ zdobyc zadnego statku. 

Nachylil si§ w strong dziewczyny: 

- Panno Loring, oto moj a propozyeja. Zabierze pani nas oraz nasze wyposazenie na 
West§, w swoim krazowniku, a my podzielimy si§ z pania^ po polowie skarbem. Co pani na 
to? 

Siedzaca obok Glorii blondynka az pisnela z podekscytowania. 



- Skarb piratow! Gloria, zrobmy to! Coz to bylaby za przygoda! 

Pozostali okazywali rownie duze podniecenie. Romantyzm poszukiwania skarbu na 
dzikich asteroidach kusil ich bardziej niz sama wartosc mozliwej nagrody. 

- Gdybysmy znalezli skarb Johna Darka, z pewnoscia^ bylaby to wspaniala historia do 
opowiadania na Ziemi - przyznala pospiesznie Gloria z gorliwym zainteresowaniem. 

Wyjatkiem posrod ogolnego entuzjazmu byl Hugh Murdock. Spytal Kennistona: 

- A skad pan wie, ze skarb ci^gle znajduje si? we wraku? 

- Poniewaz wrak, jak na razie, jest nienaruszony - odparl Kenniston. - I poniewaz 
znalezlismy te klejnoty na zwlokach jednego z czlonkow zalogi Johna Darka, ktory zdolal 
jakos wydostac si? z wraku statku, kiedy ten si? rozbil. 

Wyciajmal r?k? z kilkoma klejnotami, ktore wyjal z kieszeni. Byly to saturniahskie 
kamienie ksi?zycowe, lsniace mi?kkim swiatlem klejnoty, ktorych blask i rozjarzal si? 
matowo i przygasal w doskonalym rownomiernie powtarzajaxym si? rytmie. 

- Te klejnoty - mowil dalej Kenniston, - bez watpienia byly udzialem tego pirata w 
lupie. Mozecie wi?c pahstwo sobie wyobrazic, ile musi bye wart zapasik samego Johna 
Darka. 

Widok klejnotow, wartych wiele tysi?cy, zmiotl utrzymujace si? jeszcze wsrod 
niektorych, resztki niedowierzania, zgodnie zreszta^ z przewidywaniami Kennistona. 

- Czy jest pan pewien, ze nikt inny nie wie o tym, ze ten wrak tarn lezy? - zapytala 
wstrzymuj ac dech Gloria. 

- Utrzymywalismy nasze znalezisko w absolutnej tajemnicy - oswiadczyl Kenniston. - 
Ale poniewaz w zaden inny sposob nie mog? zdobyc statku, jestem sklonny podzielic si? z 
pahstwem zyskami. Jezeli b?d? zbyt dlugo czekal, ktos inny moze rowniez odnalezc wrak. 

- Przyjmuj? pahsk^ propozycj?, panie Kenniston! - oznajmila Gloria. - Startujemy na 
West? natychmiast, jak tylko zaladuje pan na Sunsprite wyposazenie, jakie chce pan zabrac ze 
sob^. 

- Gloria, post?pujesz zbyt pochopnie - zaprotestowal Hugh Murdock. - Slyszalem troch? 
o tej planecie Tysiaxa Ksi?zyc6w. Opowiesci o dziwnych, nieludzkich stworzeniach, 
nazywanych Westanami, ktore stanowia^ plag? tej asteroidy. Niebezpieczehstwo. . . 

Gloria z niecierpliwosci^ odrzucila jego sprzeciwy. 

- Hugh, jesli masz zamiar znowu zacz^c zamartwiac si? zagrozeniami, to moze lepiej 
b?dzie jesli wrocisz z powrotem na Ziemi?. Tarn b?dziesz bezpieczny. 

Murdock zarumienil si? i umilkl. Kenniston poczul pewne wspolczucie dla mlodego 
biznesmena. Sam doskonale wiedzial, w przeciwiehstwie do pozostalych, jak rzeczywiste, 
bylo obce zagrozenie ze strony tych dziwacznych Westan. 

- Udam si? prosto do portu kosmicznego i dopilnuj? zaladowania wyposazenia na pani 
krazownik - powiedzial Kenniston do dziedziczki. - Lepiej b?dzie tez jesli da mi pani notatk? 
dla pani kapitana. Powinnismy bye gotowi do startu na jutro. 

- Piracki skarb na niezbadanej asteroidzie! - cieszyl si? entuzjastycznie Robbie. - Hej, 
dalej, na Planet? Tysiaxa Ksi?zyc6w! 

Kiedy opuszczal hotel razem z Holkiem Orem, Kenniston czul brzemi? winy. Ci mlodzi 
ludzie, nie mieli najmniejszego poj?cia o niebezpieczehstwie w jakie ich ladowal. Byli tak 
nieswiadomi ponurego zla i nieziemskiego niebezpieczehstwa panoszaxego si? na pograniczu 
mi?dzyplanetarnym, jak dzieci. 

Odepchnal od siebie wyrzuty sumienia. Stawka byla tak duza, powiedzial sobie z 
gwaltownosci^, ze bezpieczehstwo gromady zepsutych bogatych mlodych ludzi, absolutnie 
si? nie liczylo. 

Kiedy zanurzali si? w chlod marsjahskiej nocy, Hoik Or nieustannie chichotal. 
Powiedzial Kennistonowi z podziwem w glosie: 



- Ta historyjka o odnalezieniu skarbu Johna Darka, to bylo jedno z najbardziej gladkich 
klamstw, jakie w zyciu slyszalem. Przyjmij ode mnie gratulacje. To byl majstersztyk! 

Mowiac dalej, juz glosno rechotal: 

- Ciekawe jak wyglaxlalyby ich twarze, gdyby wiedzieli, ze John Dark i jego zaloga, 
ci^gle zyja? Ze to wlasnie John Dark osobiscie, nas tutaj wyslal! 

- Cicho siedz, ty idioto! - natychmiast mu rozkazal Kenniston. - Czy chcesz, zeby 
uslyszal ci§ caly Patrol? 



Rozdzial 2 
Zdemaskowani 



Sunsprite niestrudzenie przemierzal olbrzymie, niebezpieczne pustkowie strefy 
asteroidow. Wygladalo to jakby krazownik poruszal si§ w czarnej pustce, ozdobionej z wolna 
krazaxymi okruszynami swiatla. W rzeczywistosci zas, te jasne krazace plamki, byly 
mknaxymi asteroidami, albo wirujaxymi rojami meteorow, p^dzaxymi po skomplikowanych 
orbitach, nieoznaczonymi na mapach i nieustannie grozaxymi katastrof^. 

Przez trzy dni, krazownik zaglebial si§ niemal po omacku w najbardziej niebezpieczny 
region Ukladu Slonecznego. Obecnie, prosto przed nimi, w oddali blyszczala, jak wskazujaca 
drog§ latarnia morska, mala, jasna tarcza bialego swiatla. To byla Westa — eel ich wyprawy. 

Kenniston, stal na pokladzie i opierajac si§ o glasytow^ scian§, pos^pnie przygladal si§ 
dalekiej asteroidzie. 

- Jutro do niej dolecimy - ponuro rozmyslal. - I co potem? Pewnie John Dark zatrzyma 
te bogate dzieciaki i zazada za nich okupu. 

Kenniston zdawal sobie spraw§, ze przywodca piratow natychmiast dostrzeze szans§ 
zatrzymania tej grupy bogatych mlodych ludzi jako zakladnikow, i wycisni^cia z ich rodzin 
ogromnych sum. 

- Na Boga, zaluj§, ze musialem ich w to wszystko wciajmac - przeklinal Kenniston. - 
Ale co mialem zrobic? To byl jedyny sposob, w jaki moglem wrocic na West§, razem z 
material ami. 

Jego mysli wrocily do katastrofalnego ci^gu wydarzeh, jaki rozpoczal si§ trzy tygodnie 
temu, kiedy Patrol w kohcu dopadl Johna Darka. 

Statek piracki Darka, Falcon, zostal rozbity przez dziala, zamieniajac si§ w bezwolny 
wrak. Na szcz^scie dla piratow, zdryfowal jednak w region niebezpiecznych rojow meteorow, 
gdzie krazowniki Patrolu nie osmielily si§ za nim zapuscic. Poza tym, jak przypuszczal 
Kenniston, funkejonariusze Patrolu mysleli, ze wszyscy na statku pirackim i tak juz zgineH. 

Ale John Dark i wiekszosc jego zalogi, tingle zyla w dryfujaxym wraku. Przed bitwa^ 
zalozyli skafandry kosmiczne, i to ich uratowalo. Uczepili si§ z uporem dryfujaxego wraku 
swojego statku i w ten sposob w kohcu dotarli w zasieg niewielkiego przyci^gania 
grawitacyjnego Westy. 

Kenniston tingle dobrze pamietal te peine napi^cia godziny, kiedy wrak spadal na 
asteroid^, przebijajac si§ przez roje meteorow, orbitujace wokol Planety Tysiaca Ksiezycow. 
Udalo im si§ zamortyzowac upadek statku. John Dark zawsze byl jednym z najbardziej 
pomyslowych ludzi, i udalo mu si§ zbudowac prowizoryczne toporne silniki rakietowe, ktore 
zlagodzily uderzenie podczas upadku. 

Zniszczony Falcon, pozostal jednak zdany wylacznie na wlasne sily, w tej dziwnej 
porastajacej asteroid^ dzungli, otoczony przez obcych, niebezpiecznych Westan, ktorzy juz 
zdazyli zebrac si§ wokol niego. Statek nie byl w stanie poleciec z powrotem w kosmos, zanim 
nie zostana^ wykonane chocby podstawowe naprawy. A one z kolei nie mogly zostac 
wykonane, zanim nie zostana^ tarn dostarczone duze ilosci materialow i sprzefti. Ktos musial 
wyruszyc po te materialy na Marsa, najblizsza^ planet^. 

John Dark osobiscie nadzorowal budow§ z cz^sci statku, malej dwuosobowej rakiety. 
Mieli nia^ poleciec Kenniston i Hoik Or. 

10 



- Kenniston, musicie wrocic w ci^gu dwoch tygodni, ze sprzetem i materialami z tej listy 
- podkreslal dobitnie Dark. - Jesli pozostaniemy tutaj jako rozbitkowie przez dluzszy czas, 
albo dostana^ nas Westanie, albo odkryje nas Patrol. 

Herszt piratow dodal jeszcze: 

- Klejnoty ksiezycowe, ktore warn daj§, powinny z naddatkiem wystarczyc na zakup 
malego krazownika, jezeli w ogole b^dziecie mogli jakis na Marsie kupic. Jezeli nie b^dzie 
takiej mozliwosci, zdobadzcie statek jakimkolwiek sposobem, ale wracajcie tutaj szybko! 

No coz, ponuro pomyslal sobie Kenniston, zdobyl krazownik, a to byl jedyny sposob. W 
ladowniach wiezli ze soba^ plyty ze stopow berylowych, zapasowe silniki rakietowe i nowe 
cyklotrony. Wszystko to zaladowali na poklad w Syrtis. 

Ale wiozl ze soba^ na West§ rowniez band§ poszukujaxych przygod, bogatych mlodych 
ludzi, ktorzy wierzyli, ze leca^ na romantyczne polowanie na skarb. Co oni sobie o nim 
pomysla^ kiedy odkryje, ze ich zdradzil. 



- lo jest Westa, nieprawdaz? - odezwal si§ za jego plecami energiczny dziewczexy 
glos, przerywajac jego pos^pne rozmyslania. 

Kenniston szybko si§ odwrocil. To byla Gloria Loring, wygladajaca chlopi^co w 
jedwabistym luznym stroju do podrozy w kosmosie, z rekoma wcisnieJymi w kieszenie. 

Kiedy patrzyla w strong dalekiej asteroidy, na jej jasnej slicznej buzi, plonefo naiwne 
podniecenie, powodujace ze wygladala bardziej jak mala podekscytowana dziewczynka, niz 
znudzona, obwieszona klejnotami dziedziczka, z tej nocy w Syrtis. 

- Tak, to jest wlasnie Planeta Tysiaca Ksiezycow - skinal glowa^ Kenniston. - Dolecimy 
do niej jutro. Wlasnie bylem na mostku, przekazujac pani kapitanowi, Wallsowi, informacje o 
najbezpieczniejszej trasie prowadzacej przez roje meteorow. 

Jej ciemne oczy z ciekawoscia^ mierzyly go badawczym spojrzeniem. 

- Jest pan tutaj, na pograniczu, juz od dawna, nieprawda? 

- Dwanascie lat - odparl. - Na planetach zewnetanych, to szmat czasu. Wiekszosc 
wyruszajaxych w kosmos ludzi, nie jest w stanie przetrwac tutaj tak dlugo. Dopadaj^ ich 
katastrofy, wypadki, paraliz grawitacyjny. 

- Paraliz grawitacyjny? - powtorzyla jego slowa. - Slyszalam, ze to straszliwe 
zagrozenie dla podrozujaxych w kosmosie. Ale tak naprawde/, to nie wiem co to jest. 

- Tu w kosmosie, to najbardziej zdradliwe niebezpieczenstwo - wyjasnil Kenniston. - To 
paraliz, ktory chwyta czlowieka, jesli zbyt cz^sto przechodzi od bardzo slabej grawitacji do 
bardzo silnej, i na odwrot. Blokuje wszystkie mie^nie organizmu, poprzez atak na osrodki 
motoryczne w ukladzie nerwowym. 

Gloria wzdrygneja si§. 

- To brzmi okropnie. 

- Bo takie jest - ponuro odparl Kenniston. - Przez te wszystkie lata, kiedy zeglowalem 
po zewneJrznych cz^sciach Ukladu, widzialem dziesiatki moich przyjaciol powalonych przez 
t§ chorobe\ 

- Nie wiedzialam, ze przez ten caly byl pan marynarzem na statku kosmicznym - ze 
zdumieniem powiedziala dziedziczka. - Wydawalo mi si§, ze mowil nam pan, ze jest 
gornikiem meteorowym. 

Kenniston uswiadomil sobie, ze zaliczyl lekkie potkni^cie. Pospiesznie zaczal latac swoja^ 
historyjke/: 

- Zeby bye gornikiem meteorowym, trzeba bye dobrym marynarzem, panno Loring. Ma 
si§ spory teren do dzialania. 

Na szcz^scie w tym momencie przerwalo im kilku innych mlodych ludzi, ktorzy nadeszli 
pokladem, zywiolow^, rozgadan^ grup^. 

11 



Osrodkiem tej grupy byl Robbie Boone. Ten pucolowaty, wiecznie blaznujaxy mlody 
czlowiek, ktory byl dziedzicem milionow Atomic Power Corporation, wcisnal si§ w cos, co 
jak swiexie wierzyl, bylo typowym strojem wsrod kosmonautow. Kurtka i luzne spodnie, 
jakie mial na sobie, uszyte byly z czarnego syntetycznego jedwabiu, a u pasa wisial mu wielki 
pistolet atomowy. 

- Heja, koles! - z niewinna^ mina^ wyszczerzyl do Kennistona z§by w szerokim usmiechu. 
- Kiedy to nasze wspaniale pudlo wyladuje na Wescie? 

- Gdybys tylko wiedzial, jak idiotycznie wygladasz, Robbie - zdruzgotala go Gloria, - 
kiedy probujesz si§ ubierac i mowic jak stary kosmonauta. 

- Po prostu mi zazdroscisz - zaperzyl si§ Robbie. - Wygladam calkiem niezle, co nie, 
Kenniston? 

Wargi Kennistona lekko drgnejy. 

- Gdyby wszedl pan tak na Spotkanie Kosmonautow w Jowopolis, z cala^ pewnosci^ 
wywolalby pan niezla^ sensacje/. 

Alice Krim, trzpiotowata mala blondynka, z podziwem spojrzala na Kennistona. 

- Musial pan bye na strasznie wielu planetach, nieprawda? - westchnela. 

- Wylacz to, Alice - sucho stwierdzila Gloria. - Pan Kenniston nie zajmuje si§ flirtami. 
Arthur Lanning nad^sany przystojny mlodzieniec, ktory zawsze mial w reku drinka, 

wycedzil przez z§by: 

- Czyzbys juz tego probowala, Glorio? 

Ciemne oczy dziedziczki rozblysly, ale koniecznosci udzielenia odpowiedzi, oszcz^dzilo 
jej pojawienie si§ pani Milsom. Ta pulchna, roztrzepana kobieta, nominalna opiekunka calej 
grupy, natychmiast skierowala si§ w strong Kennistona, jak zwykle zreszt^. 

- Panie Kenniston, czy jest pan pewien, ze ta asteroida na ktora^ lecimy jest bezpieczna? - 
spytala go, chyba juz po raz setny. - Czy jest tarn jakis dobry hotel? 

- Dobry hotel, tutaj? - przez chwile; Kenniston byl za bardzo zdziwiony, aby 
odpowiedziec. 



xrzed oczyma stanely mu obrazy, dzikiej, dusznej dzungli na Planecie Tysiaca 
Ksiezycow, oslizglych stworzeh przemykajaxych si§ pomi^dzy g^stymi liscmi, szelestow 
sygnalizujaxych obecnosc straszliwych Westan, ktorych nigdy tak do kohca si§ nie widzialo, 
wraku pirackiego statku, wokol ktorego oczekiwal na nich John Dark i pol setki najbardziej 
zatwardzialych, wyjeJych spod prawa zbirow w Ukladzie Slonecznym. 

- Oczywiscie, ze nie ma tarn zadnego hotelu, Ciotuniu - z niesmakiem stwierdzila 
Gloria. - Czy nie rozumiesz, ze ta asteroida jest niemal niezbadana? 

Nadchodzil wlasnie Hoik Or, i wielki Jowianin slyszal cala^ rozmowe\ Wybuchnal 
huczaxym smiechem. 

- Hotel na Wescie! To naprawd^ dobre! 

Kenniston rzucil wielkiemu zielonemu piratowi ostrzegawcze spojrzenie. Robbie Boone 
juz go pytal: 

- Czy sa^ tarn jakies dobre miejsca na polowanie? 

- Pewnie, ze sa^ - oswiadczyl Hoik Or. Jego male oczka blyszczaly od skrywanej 
wesolosci. - Zobaczysz, ze znajdziesz tarn wiele okazji do przygod, moj chlopcze. 

Kiedy pani Milsom wyci^gnela pozostalych na tradycyjnego popoludniowego brydzyka, 
Jowianin popatrzyl za nimi, chichoczac. 

- Ta banda kretynow, nigdy nie powinna wysciubiac nosa poza Ziemi§. To naprawd^ 
niesamowite, ze zdecydowali si§ poleciec na WesteJ 



12 



- Oni wcale nie sa^ tacy zli, tak pod spodem - zaprotestowal Kenniston, ale sam nie do 
konca wierzyl w swoje slowa. - To tylko kupa nieswiadomych niebezpieczenstwa 
dzieciakow, szukajaxych przygod. 

- Eee tarn, zaczynasz durzyc si§ w tej Loring - zadrwil z niego Hoik Or. - Lepiej skup 
si§ na wykonaniu rozkazow Johna Darka. 

Kenniston ostrzegawczo machnal rek:^. 

- Dosyc tego! Nadchodzi Murdock. 

Hugh Murdock szedl po pokladzie, prosto w ich strong, a kiedy stanal przed nimi, na jego 
trzezwej, mlodej, przystojnej twarzy malowal si§ wyraz zamyslenia. 

- Panie Kenniston, w tej calej sprawie jest cos, czego nie rozumiem - oswiadczyl. 

- Tak? A o co chodzi? - ostroznie odparl Kenniston. 

Byl mocno skupiony i czujny. Murdock nie byl takim bezmyslnym latwowiernym 
dzieciakiem, jak pozostali. Jak Kenniston si§ dowiedzial, pomimo mlodego wieku, byl juz 
waznym urz^dnikiem w firmie Loring Radium. 

Z kpin innych dotyczaxych Murdocka, oczywiste bylo, ze mlody biznesmen przylaxzyl 
si§ do grupy tylko dlatego, ze byl po uszy zakochany w Glorii. W tym zacieklym poswi^ceniu 
tego, poza tym trzezwo myslaxego mlodego czlowieka, bylo cos naprawd^ sympatycznego. 
Jego ewidentna determinacja, aby chronic Gloria przed niebezpieczehstwem, bystra 
inteligencja, w oczach Kennistona czynily go niebezpiecznym przeciwnikiem. 

- Bylem na dole, w ladowni, zeby przyjrzec si§ wyposazeniu, jakie zabral pan ze soba^ - 
mowil dalej Murdock. - Wie pan, chodzi o ten sprz^t, ktory mamy wykorzystywac do 
wykopania wraku statku Darka. I zupelnie tego nie mog§ zrozumiec. Tarn nie ma zadnych 
maszyn do kopania, a zamiast nich jest pelno cyklotronow, silnikow rakietowych i 
zapasowych plyt kadlubowych. 

Kenniston usmiechnal sie/, aby zamaskowac niepokoj, jaki poczul. 

- Prosz§ si§ nie niepokoic, panie Murdock. Naprawde; wyposazenie jakie zabral em, 
b^dzie nam potrzebne. Zobaczy pan, kiedy dolecimy na West§. 

Murdock j ednak naci skal . 

- Ci^glej ednak nie rozumiem, do czego to niby mialyby posluzyc nam te maszyny. To 
wyglada raczej na materialy do remontu statku, a nie sprzet wydobywczy. 

Kenniston pospiesznie zelgal. 

- Cyklotrony posluza^ nam jako generatory energii, a silniki i plyty sa^ przeznaczone do 
budowy cie/zkiego dzwigu o duzym udzwigu, do wyciagnie/tia wraku z ziemi. Hoi Or i ja, 
wszystko to sobie dobrze przemyslelismy. 

Murdock zmarszczyl brwi, tak jakby odpowiedz nie do konca go przekonywala, ale nie 
drazyl tematu. Kiedy poszedl sobie, aby dolaxzyc do innych, Hoik Or popatrzyl za nim z 
irytacj^. 

- Ten facet jest za sprytny, zeby wyszlo mu to na dobre - wymamrotal Jowianin. - 
Wyraznie nabral podejrzeh. Moze lepiej zorganizowac mu jakis maly wypadek? 

- Nie, zostaw go w spokoju - ostrzegl Kenniston. - Jezeli cos mu si§ teraz stanie, 
pozostali moga^ chciec wracac do domu. A jestesmy juz niemal na Wescie. 

Jednak niepokoj pozostal, unoszac sie; cieniem, gdzies na peryferiach mysli Kennistona. 
Martwilo go to nawet kilka godzin pozniej, kiedy umownie przyjeJy czas pokladowy statku, 
przyniosl ze soba^ „noc". Siedzac razem z innymi w luksusowej kabinie pasazerskiej statku i 
trzymajac w reku whisky w woda^ sodow^, zastanawial si§ gdzie moze bye Hugh Murdock. 

Cala reszta grupy Glorii rowniez byla tutaj, sluchajac z zainteresowaniem graniczaxym z 
fascynacj^, kolorowych historii Holka Ora, opowiadajaxych o jego przygodach w dziczy 
asteroidow. Murdocka jednak nie bylo razem z nimi, Kenniston z niepokojem zastanawial si§, 
czy facet znowu nie przeszukuje tego wyposazenia wiezionego w ladowni. 



13 



W kabinie pasazerskiej pojawil si§ mlody marynarz z Ziemi, jeden z czlonkow 
niewielkiej zalogi Sunsprite 'a, i podszedl do Kennistona. 

- Pozdrowienia od kapitana Wallsa, sir. Czy moglby pan udac si§ na mostek? Kapitan 
chcialby ponownie skonsultowac z panem kurs. 

- P6jd§ z panem - powiedziala Gloria, widz^c wstajaxego Kennistona. - Lubi§ mostek. 
To chyba najciekawsze miejsce na statku. 

Kiedy wchodzili po schodach, mijali male pomieszczenie nadajnika teleaudio, w ktorym 
obok operatora stal Hugh Murdock. Usmiechnai si§ do Glorii. 

- Pr6buj§ odebrac pewne wiadomosci z Ziemi, ale zdaje sie/, ze jestesmy juz niemal na 
granicy zasi^gu - oznajmil zalosnie. 

- Nigdy nie zapominasz o interesach, co Hugh? - draznila si§ z nim dziewczyna. - Masz 
taka^ ochot§ na przygody, jak gruby piexdziesi^cioletni broker handlujaxy radem. 

Kenniston jednak poczul pewna^ ulg§, tym ze Murdock najwyrazniej zapomnial juz o 
niezwyklosci wiezionego w ladowniach wyposazenia. Kiedy wi§c weszli na otoczony 
glasytowymi scianami mostek, ulzylo mu wyraznie na duchu. 

Kapitan Walls stal w gle/bi, obok pierwszego pilota, Braya. Pulchny i dobroduszny szyper 
odwrocil sie; w ich strong i uchylil czapki przed Gloria^ Lanning. 

- Przykro mi, ze znowu panu przeszkadzam, panie Kenniston - przepraszal. Ale jestesmy 
juz dosyc blisko Westy, a pan zna ten diabelski region kosmosu duzo lepiej niz ja. Mapy sa^ 
tak niedokladne, ze w zasadzie staly sie; niemal bezuzyteczne. 

Kenniston obrzucil doswiadczonym okiem panel z przyrz^dami, a nast^pnie wbil wzrok 
w rozci^gajaxa^ sie; przed nimi przestrzeh. Sunsprite lecial teraz stalym kursem przez 
rozgwiezdzone przestworza, w ktorych sklebione masy roznego rodzaju punkcikow 
swietlnych, tworzyly panorama zupelnie dezorientujaxa^ dla oczu laika. 

Wydawalo sie/, ze zadna z tych jasniejaxych iskierek nie znajduje sie; w ich poblizu. A 
jednak co kilka minut na panelu z przyrz^dami rozblyskiwaly czerwone swiatelka i 
dzwiexzaly brzexzyki. Po kazdym takim alarmie meteorometrow, pilot szybko spoglajial na 
ustawienia kursu i dotykal przepustnic silnikow rakietowych, lekko zmieniaj^c kierunek. 
Kr^zownik przebijal si§ przez niewidoczne, ale niesamowicie niebezpieczne roje pe/dzaxych 
meteorow i mrowie stloczonych asteroid. 

Westa stala si§ juz jasnym, bladozielonym dyskiem, podobnym do malego Ksiezyca. Jej 
tarcza nie wisiala prosto przed nimi, ale wyraznie po lewej stronie. Kra^zownik nie mogl leciec 
kursem bezposrednim, poniewaz musial okr^zyc w bezpiecznej odleglosci jeden z wiekszych 
rojow meteorow, orbitujaxych od strony Marsa. 

- Co pan o tym mysli, panie Kenniston, czy zmiana kursu prosto na West§, b^dzie teraz 
juz bezpieczna? - z niepokojem zapytal go kapitan Walls. - Wedlug moich obliczeh na 
mapie, nie ma juz zadnych nowych rojow, ktore znajdowalyby si§ obecnie w tym regionie. 

Kenniston parskn^l zirytowany. 

- Wszystkie mapy sporzajizaja_ szczury planetarne. Jest jeszcze jeden maly roj, ktory 
kryje si§ za tym wielkim, Nr 480, ktory wlasnie oblatujemy. Prosz§ mi pozwolic usi^sc przy 
optyce, to sprobuj^ go zlokalizowac. 

Kenniston rozpocz^l uwazne poszukiwania, przy uzyciu meteoroskopow, ktorych czule 
wia^zki elektromagnetyczne mogly si^gac daleko w przestrzeh, gdzie odbijal je kazdy skrawek 
materii. W kohcu udalo mu sie; wykonac zadanie. 

- W porz^dku, znacznik roju jest po drugiej stronie Nr 480 - oznajmil. - Tak wie/C teraz 
mozemy juz bezpiecznie ruszac prosto w strong Westy. 

Niepokoj kapitana zostal usmierzony jedynie cz^sciowo. 

- Ale kiedy dolecimy do asteroidy, co wtedy? W jaki sposob przedostaniemy sie; przez 
roje otaczajaxych ja^ satelitow? 

14 



- Mog§ was przez nie bezpiecznie przeprowadzic - zapewnil go Kenniston. - W tych 
rojach sa^ pewne okresowe przerwy, spowodowane zaburzeniami grawitacyjnymi w 
oddzialywaniach pomie/dzy orbitujaxymi meteorami-ksiezycami. Wiem w jaki sposob je 
znalezc. 

- A wie/C, obudz§ pana jutro wczesnie „rano", zanim dolecimy do Westy - obiecal 
kapitan Walls. - Wolalbym samemu nie przedzierac si§ przez ten g^szcz. 

- A wie/C rano juz tarn dolecimy? - zawolala Gloria z entuzjastycznym zachwytem. - He 
czasu zajmie nam potem odnalezienie wraku pirackiego statku? 

Kenniston ze skr^powaniem zbyl pytanie. 

- Nie wiem... to nie powinno zbyt dlugo potrwac. Be/dziemy mogli wyladowac w 
dzungli w poblizu wraku. 

Ich entuzjastyczny zapal, powiekszal jeszcze drexzace go poczucie winy. Gdyby ona oraz 
jej towarzysze wiedzieli tylko, co mial im przyniesc naste/pny dzien! 



Nie czul si§ na silach, aby stanac teraz przed cala^ grupa^ tak wie/C po powrocie z mostka, 
zaczal wloczyc si§ po ciemnym pokladzie. Gloria zostala razem z nim, zamiast wejsc do 
kabiny. 

Staneja i przygladala mu si§, a swiatlo gwiazd z przezroczystej burty pokladu, padalo na 
jej mloda^twarz. 

- Ma pan strasznie zmienne usposobienie, wie pan - lekkim tonem oznajmila 
Kennistonowi. - Czasami zachowuje si§ pan niemal po ludzku, a po chwili staje si§ pan 
znowu zamknieJy w sobie i ponury. 

Kenniston wbrew sobie usmiechnal sie\ W jej glosie zabrzmial cien zartobliwego 
zaskoczenia. 

- O prosz§, a wi§c potrafi pan nawet si§ usmiechac! Nie wierz§ wlasnym oczom. 

Jasna, mloda twarz dziewczyny znalazla si§ prowokacyjnie blisko, nozdrza wypelnil mu 
lekki zapach jej ciemnych wlosow. Zdawal sobie spraw§, ze ewidentnie z nim flirtuje, bye 
moze przede wszystkim z ciekawosci. 

Oczekiwala, ze j^ pocaluje, to rowniez wiedzial. Do diabla, moze przeciez j^ pocalowac! 
Zrobil wie/C to, na wpol ironicznie. Ale ironiczne rozbawienie jakos ulecialo z jego mysli, pod 
dziwnie niesmialym dotkni^ciem jej miekkich warg. 

- Na Boga, jestes tylko dzieckiem - wymamrotal. - Malym dzieckiem kryjaxym si§ pod 
maska^ znudzonej, wyrafinowanej mlodej damy. 

Gloria zesztywniala z gniewu. 

- Nie badz glupi! Calowalam si§ juz z m^zczyznami. Ja tylko chcialam zobaczyc, jaki 
naprawde; jestes. 

- No i, co takiego odkrylas? 
Jej glos zmiekl. 

- Dowiedzialam si§, ze nie jestes taki ponury, na jakiego wygladasz. Mysl§, ze po prostu 
jestes samotny. 

Prawda tego stwierdzenia wywolala u Kennistona grymas na twarzy. Tak, byl calkiem 
samotny, pomyslal trzezwo. A wszyscy jego starzy przyjaciele z kosmosu, odchodzili jeden 
po drugim... 

- Czy nie masz nikogo? - ze zdumieniem spytala go Gloria. 

- Nie mam rodziny, poza moim malym bratem, Rickym - odparl ciezkim glosem. - A 
wiekszosc z moich towarzyszy z kosmosu jest albo martwych, albo jeszcze gorzej... zlapal 
ich w swoje szpony paraliz grawitacyjny. 



15 



Wspomnienie tych starych towarzyszy, odbudowalo chwiejne zdecydowanie Kennistona. 
Nie wolno mu ich zawiesc! Musi doprowadzic do konca t§ dostaw§ ladunku krazownika 
Johnowi Darkowi, i do diabla z konsekwencjami. 

Odsunal dziewczyn^ od siebie, niemal szorstko. 

- Robi si§ juz pozno. Lepiej poloz si§ spac, tak jak inni. 

Pozniej jednak, lezac juz w koi, w malej kabinie jaka^ dzielil z Holkiem Orem, Kenniston 
stwierdzil, ze wspomnienie Glorii nie pozwala mu zasnac. Nie mogl wyrzucic z glowy tego 
niesmialego dotkni^cia jej warg. Co ona sobie jutro o nim pomysli? 

W koncu usnal. Kiedy si§ obudzil, uswiadomil sobie, ze ktos wlasnie wymowil ostrym 
tonem jego nazwisko. Rozespany zdawal sobie niewyraznie spraw§, ze musi bye juz „rano", i 
poczatkowo pomyslal, ze kapitan Walls wyslal kogos, aby go obudzil. 

Potem, jednak zesztywnial, widzac kto go wyrwal ze snu. To byl Hugh Murdock. 
Chlodna twarz mlodego biznesmena, byla w tej chwili bardzo ponura. Stal w wejsciu do 
kabiny z ci^zkim pistoletem atomowym w reku. 

- Wstawaj i ubieraj si§, Kenniston - groznie powiedzial Murdock. - I obudz tez swojego 
kolezk§, pirata. Jesli ktorys z was zrobi chocby jeden falszywy ruch, zabij§ was obydwu. 



16 



Rozdzial 3 
Przez orbitujqce meteory 



JVennistona zmrozila konsternacja. W ot^pieniu powtarzal sobie w mysli, ze to zupelnie 
niemozliwe, zeby Hugh Murdock mogl odkryc prawde/. Ale ponura mina na twarzy Murdocka 
i nieskrywana nienawisc w jego oczach, nie daly si§ wyjasnic w zaden inny sposob. 

Palec mlodego biznesmena, przez caly czas pewnie spoczywal na spuscie pistoletu 
atomowego. Opor byl zupelnie bezsensowny. Kenniston mechanicznie zsunal si§ ze swojej 
koi i national na siebie spodnie oraz kosmiczna^ kurtke\ Hoik Or robil to samo, a widoczny 
na pokiereszowanej zielonej twarzy wielkiego Jowianina, wyraz zaskoczenia byl niemal 
zabawny. 

- A teraz moze powie nam pan, co to wszystko ma znaczyc - szorstko oznajmil 
Kenniston, a przez glowe; galopowaly mu setki mysli. - Czy postradal pan rozum? 

- Wlasnie go odzyskalem, Kenniston - wyrzucil z siebie Murdock. - Jacy z nas byli 
glupcy, ze nie domyslilismy si§, ze wy dwaj nalezycie do bandy piratow Darka! 

Wargi Kennistona zacisnely si§ mocno. Teraz bylo juz jasne, ze Murdock faktycznie cos 
odkryl. Od strony Holka Ora dolecial gniewny ryk. 

- Diably Plutona, nie jestem zadnym piratem! - wielki Jowianin Igal naprawd^ 
perfekcyjnie. - Skad pan wpadl na ten szalony pomysl? 

Twarda twarz Murdocka nie odprezyla si§. Pokiwal pistoletem atomowym. 

- Dalej, do glownej kabiny - rozkazal. - Idziecie przede mna^ 

Bezradni Kenniston i Hoik Or, wykonali polecenie. Kiedy przytloczony szedl 
korytarzem, w jego glowie narastala desperacja. Loskot silnikow rakietowych, wskazywal na 
to, ze Sunsprite tingle p^dzil przez przestrzen. Do tej pory musieli bye juz bardzo blisko 
Westy. . . I wlasnie teraz, to musialo si§ przytrafic! 

Halas obudzil pozostalych i ruszyli law^ do glownej kabiny, za Murdockiem i jego 
dwoma wiezniami. Kenniston pochwycil spojrzenie Glorii, wygl^daj^cej zwiewnie, w 
jedwabistym neglizu, ktorej czarne oczy robily si§ coraz bardziej okr^gle ze zdumienia. 

- Hugh, czy ty oszalales? - zawolala oszolomiona. 
Murdock odpowiedzial, nie odwracajac wzroku w jej strong. 

- Odkrylem prawd§, Glorio. Ci dwaj ludzie nalez^ do zalogi Johna Darka. Prowadzili nas 
prosto w pulapk§. 

- SwieJy Boze! - wysapal Robbie Boone. Pucolowaty mlodzieniec ze zwisaj^c^ szcz^k^ 
gapil si§ na Kennistona i Holka Ora. - Oni s^ piratami? 

- Chyba musiales stracic rozum - Gloria wsiadla na Hugha Murdocka. - To po prostu 
smieszne. 

Hoik Or ziewnal przekonujaco. 

- Choroba przestrzenna dopada ludzi w rozny sposob, panno Loring - powiedzial 
Jowianin do Glorii porozumiewawczym tonem. - Czasami wywoluje tylko mdlosci, ale u 
niektorych powoduje delirium. 

- Nie mam zadnego delirium i wy dwaj dobrze o tym wiecie - ponuro odparl Murdock. 
Mowil dalej, do Glorii i pozostalych, nie odrywajac oczu od dwojki wiezniow, ani 
spuszczajac z nich muszki pistoletu. 



17 



- Od poczatku myslalem, ze ta historyjka Kennistona, o odnalezieniu wraku statku Darka 
na Wescie, byla dosyc watla - oznajmil Murdock. - A wczoraj moje podejrzenia jeszcze si§ 
wzmogly, kiedy zszedlem na dot i obejrzalem sobie w ladowni wyposazenie, jakie ze soba^ 
zabrali. To nie jest sprzej; nadajaxy si§ do wykopywania pogrzebanego wraku. To 
wyposazenie do naprawy zniszczonego statku. . . statku Johna Darka! 

- Podejrzewajac to, ostatniej nocy wyslalem teleaudiogram do kwatery glownej Patrolu, 
na Ziemi. Przekazalem pelen opis Kennistona i Jowianina i zapytalem czy s^ notowani w 
aktach kryminalnych. Godzin§ temu nadeszla odpowiedz. Ten facet, Hoik Or, ma kartotek^ 
pirackich wyczynow gruba^ na rozstaw obu rak, i definitywnie znany jest jako jeden z 
czlonkow szajki piratow Darka! 

Od strony pozostalych dolecialy niedowierzajace westchnienia. Murdock tingle z ponura^ 
mina^ obserwowal Kennistona i Jowianina, konczac swoja^ relacje\ 

- Patrol nie przeslal jeszcze rejestrow Kennistona, ale to dosyc oczywiste, ze on rowniez 
musi bye jednym z ludzi Darka, a ta historyjka, o tym, ze razem z Jowianinem s^ gornikami 
meteorowymi, to wierutne Igarstwo. 

- Nie mog§ tego zrozumiec - wymamrotal mlody Arthur Lanning, wpatrujac si§ w nich. 
- Jezeli oni s^ ludzmi Darka, to dlaczego chcieli nas namowic, zebysmy polecieli na West§? 

- Nie rozumiesz? - odparl Hugh Murdock. - Statek Johna Darka, po tym jak zostal 
uszkodzony, rozbil si§ na Wescie — ta cz^sc historyjki musiala nawet bye prawd^. Ale Dark i 
jego piraci wcale nie zgineH, tak jak to myslal Patrol. Musieli zdobyc maszyny i materialy do 
naprawy swojego statku. A wie/C Dark wyslal tych dwoch ludzi na Marsa, po te materialy. A 
oni nie mogli tarn w zaden inny sposob zdobyc statku, tak wi§c zaplanowali wykorzystanie 
naszego krazownika, sprzedajac nam te bzdury o skarbie. 



JVenniston skrzywil si§ lekko. Wiedzial juz, ze nie docenil Murdocka, ktory, po 
powzi^ciu podejrzeh, bardzo szybko poskladal razem wszystkie fakty. 

Gloria Loring, przygladajaca si§ Kennistonowi szeroko otwartymi ciemnymi oczyma, 
dostrzegla t§ przelotn^ zmian§ wyrazu jego ust. Na jej bladej twarzy, pojawila si§ nieufnosc 
zmieszana z obrzydzeniem. 

- A wie/c to prawda - wyszeptala. - Zrobiles to. . . umyslnie zaplanowales schwytanie nas 
wszystkich? 

- Cholera, wszystkim warn choroba prozniowa uderzyla do glowy - warknal Hoik Or, 
blefujac dokohca. 

Murdock rzucil przez rami§ do tylu: 

- Robbie, wezwij kapitana Wallsa. 

-Nie ma takiej potrzeby, wlasnie do nas idzie! - zawolal rozgoraxzkowany mlodzieniec. 
Kapitan Walls, wchodzac pospiesznie do kabiny, w pierwszej chwili zauwazyl tylko 
stojaxego Kennistona. 

- Ach, tutaj pan jest, panie Kenniston - zawolal z ulga^ kapitan. - Wlasnie po pana 
przyszedlem. Zblizamy si§ do Westy! Rozkazalem pilotowi zeby zwolnil, poniewaz chcialem, 
zeby to pan przeprowadzil nas przez roj . . . 

Glos kapitana zamarl mu w gardle. Wytrzeszczyl szeroko oczy, poniewaz po raz 
pierwszy dostrzegl, ze Murdock trzyma obu mezczyzn pod broni^. 

- Nie lecimy na West§, panie kapitanie - miarowym glosem oznajmil Murdock. - Na 
asteroidzie sa^ John Dark i jego piraci. Zywil 

Pulchna twarz kapitana Wallsa pobladla, kiedy uslyszal nazwisko najstraszniejszego 
korsarza w Ukladzie Slonecznym. 

- Dark. . . zywy? - z trudem wyjakal. - Dobry Boze, to musi bye jakis zart! 



18 



Pani Milsom, ktorej przysadziste cialo trz^slo si§, a z§by szczekaly ze strachu, wskazala 
palcem na Kennistona i Jowianina. 

- Ci dwaj to piraci! - pisneja. - Mogli nas wszystkich wymordowac we snie! 
Wiedzialam, ze cos takiego z pewnosci^ si§ wydarzy, kiedy opuscimy Ziemi§. . . 

Umysl Kennistona wrzal z rozpaczy, podczas kiedy stal tarn z uniesionymi rekoma. Jego 
caly desperacki plan mial bye unicestwiony, niemal w ostatniej chwili. 

Nie mogl pozwolic na jego zniszczenie! Musial dostarczyc ten ladunek maszyn i 
materialow Johnowi Darkowi, nawet gdyby mialo go to kosztowac zycie! 

- Prosz§ natychmiast zawrocic na Marsa, panie kapitanie - cicho oznajmila Gloria 
oszolomionemu oficerowi. Jej twarz ci^gle bylabladajak smierc. 

Kenniston stojac wyprostowany, wpadl na pewien pomysl. Szansa na powodzenie byla 
raczej desperacka, w swietle broni atomowej Murdocka. 

Kapitan mowil, ze wlasnie polecil pilotowi zmniejszyc szybkosc Simsprite'a. Za chwile; 
powinni poczuc wstrz^s odpalanych dziobowych silnikow hamujaxych. . . 

Wstrz^s nadszedl moment pozniej, sekund§ po tym jak przez glow§ Kennistona 
przemknal szalony plan dzialania. To byla jedynie nieprzyjemna wibracja poszycia statku, 
poniewaz pilot znal si§ na rzeczy. 

Spowodowala ona, ze zachwiali si§ na nogach, tylko przez mgnienie oka. Ale Kenniston 
czekal na t§ chwile/. Kiedy Hugh Murdock mimowolnie ruszyl lekko r§k^, w ktorej trzymal 
bron, tylko po to, aby zlapac rownowage/, Kenniston rzucil si§ do przodu. 

- Mostek, Hoik! - wrzasnal, lecac w powietrzu. 

Rami§ Kennistona uderzylo kapitana, popychajac go na Murdocka. Obaj me/zczyzni 
polecieli na poklad. 

Hoik Or, wykazujac blyskawiczn^ orientacj^, juz otworzyl drzwi do kabiny. Obydwaj 
razem zanurkowali w glab korytarza. 

- Nasza^ jedyna^ szansa^ jest dostanie si§ na mostek i przejexie sterow! - krzyknal 
Kenniston, kiedy biegli korytarzem. - Musimy utrzymac ich z dala na tyle dlugo, by 
wyladowac na Wescie. 

Syk... bfyskl Trzeszczace wyladowanie z pistol eru atomowego rozerwalo dolne szczeble 
drabinki, po ktorej on i Jowianin wspinali si§ w szalenczym tempie. Murdock wybiegl za nimi 
z kabiny i wystrzelil, a wsz^dzie dokola rozlegaly si§ okrzyki alarmu. 

Kenniston i Hoik Or wpadli na otoczony glasytowymi scianami mostek. Bray, pilot, 
odwrocil si§ na chwile/ z zaskoczeniem, od swoich sterow i przepustnic silnikow rakietowych. 

Za postaci^ pilota, przezroczysta przednia sciana obramowywala kwadrat czarnej 
przestrzeni, w ktorej na pierwszym planie przytlaczala ogromem monstrualna kula pobliskiej 
asteroidy. 

Planeta Tysiaca Ksiezycow! Wylaniala sie/ w odleglosci zaledwie kilkuset mil od nich, 
wielki, bladozielony glob, okrazany przez ogromny sferyczny roj tysiexy blyszczaxych, 
malych meteorow orbitalnych. 

- Ale. . . co. . . - wyjakal oszolomiony pilot. 

Pie^sc Kennistona trafila go w podbrodek i m^zczyzna zwalil si§ na podlog§. 

- Zablokuj drzwi, Hoik! - krzyknal Kenniston i skoczyl w strong przepustnic silnikow. 

- Psiakrew, tu jest tylko klamka! - zaklal Jowianin. Naprezyl swoje muskularne ramiona, 
dopychajac metalowe drzwi. - Przez chwile/ powinno mi si§ udac to utrzymac. 



Ivexe Kennistona blyskawicznie chwycily przepustnice. Sunsprite lecial ze zredukowana^ 
szybkosci^ w kierunku otoczonej przez meteory asteroidy. 



19 



Otworzyl przepustnice wszystkich rufowych rakiet i krazownikiem wstrz^snal potezny 
ryk silnikow i uderzenie ci^gu. Ruszyl wyraznie szybciej w strong smiertelnie 
niebezpiecznego roju, kl^biaxego si§ wokol Westy, z kazda^ chwila^ nabierajac predkosci. 

W reakcji na niebezpieczny wzrost przyspieszenia, maly statek zaczal kolysac sie/, 
skrzypiec i drzec, ale Kenniston utrzymywal pelny ci^g naprzod. Pod pomieszczeniem mostka 
rozlegly si§ halasy i walenie o drzwi. 

- Otwierac te drzwi, albo je przepalimy! - dobiegl do nich glos kapitana Wallsa. 
Kenniston nawet si§ nie odwrocil. Pochylony nad sterami, w napi^ciu spogladal przed 

siebie, w pelnym skupieniu oceniajac szybkosc i kierunek lotu. Jego oczy szalenczo 
poszukiwaly okresowych przerw w powloce meteorow. 

Rozlegly si§ stlumione trzaski i pomieszczenie mostka zalal zapach topiaxego sie; metalu. 
Od strony Holka Ora dobiegl ochryply okrzyk bolu. 

- Trafili mnie w rami§ przez drzwi, niech ich diabli! - Zaklal Jowianin. - Kenniston, 
pospiesz siej 

Kenniston prowadzil Sunsprite na pelnej szybkosci w kierunku klebowiska meteorow, 
krazaxych wokol asteroidy. Dostrzegl wlasnie przerw^ w chmurze, okresow^ szczelin^, 
wywolan^ przez oddzialywanie grawitacyjne ktoregos z pobliskich asteroidow. 

To nie byla prawdziwa szczelina. To byl zaledwie niewielki obszar w roju, w ktorym 
warstwa p^dzaxych meteorow nie byla taka gruba, i gdzie statek mial szans§ przeslizgnac sie; 
do srodka, dzi^ki bardzo uwaznemu pilotazowi. 

Kenniston jedynie gdzies w oddali slyszal, ze Hoik Or tingle utrzymuje drzwi, walczac z 
poteznymi uderzeniami kl^biaxego si§ na zewnatrz tlumu. Jego umysl byl calkowicie 
skoncentrowany na rozpaczliwie precyzyjnych manewrach, wykonywanych w danej chwili. 

Zredukowal szybkosc i skierowal Sunsprite 'a w rzadszy obszar roju meteorow. Kosmos 
wokol niego zdawal si§ teraz kotlowac od pe/dzaxych j asnych malych ksi^zycow. 

Meteorometry kompletnie oszalaly, nieustannie sygnalizujac migotaniem i brz^czkami 
kolejne ostrzezenia. Wskazowki detektorow kierunkowych krexily si§ we wszystkie strony. 
Przyrz^dy byly tutaj bezuzyteczne, musial leciec kierujac sie; wylacznie wzrokiem. Przeciskal 
sie; krazownikiem przez roj na coraz nizsza^ wysokosc, jego palce tanczyly na przepustnicach, 
posylajac krotkie uderzenia ci^gu, zwijajac sie; wokol j asnych, p^dzaxych meteorow. 

- Pospiesz siej - ponownie ochryplym glosem wrzasnal Hoik Or, przekrzykujac tumult. - 
Nie dam rady. . . ich juz dlugo powstrzymac. . . 

Sunsprite schodzil coraz nizej i nizej, przebijajac sie; przez labirynt orbitujaxych 
meteorow, zwijajac sie; w skretach, i nieustannie zmierzajac w dol, w kierunku zielonej 
asteroidy. 

Ostatni okrzyk, wydyszany przez Holka Ora, i drzwi trzasnely, wylatujac z przepalonych 
zawiasow. Kenniston ktory nawet na chwile; nie mogl odwrocic wzroku od smiertelnie 
niebezpiecznego pilotazu przez roj, slyszal jedynie szalenczo walczaxego Jowianina. 

W nast^pnej chwili czyjas reka chwycila Kennistona za rami§ i odci^gneja go od sterow. 
To byl Murdock, ktory wpadl na mostek z ogniem w oczach i bronia^ w reku. 

- Rexe do gory, albo cie zabij§, Kenniston! - krzyczal. 

- Puszczaj mnie! - wrzasnal Kenniston, usilujac si§ wyrwac i wrocic za stery. - Ty 
glupcze ! 

Zobaczyl tylko jak postrz^piona skala, p^dzaca skosnie w ich strong, od lewej strony, 
nagle urosla do monstrualnych rozmiarow. 

Trzask! Wstrz^s zwalil ich z nog, a Sunsprite zawirowal szalenczo w kosmosie. Rozleglo 
si§ mrozace krew w zylach wycie powietrza, uciekajaxego z przedniej cz^sci statku, i lup-lup- 
lup zamykajaxych sie; tarn grodzi automatycznych. 

Caly dziob krazownika zostal rozbity i zgnieciony przez ukosne uderzenie meteoru. 
Teraz, o ironio, statek spadal przez obszar wolny od meteorow, poniewaz Kenniston przed 

20 



uderzeniem przeprowadzil go niemal przez caly roj. Sunsprite jednak nieuchronnie spadal na 
dot, krexac si§ wokol wlasnej osi i nurkujac w strong zielonej powierzchni porosnietej 
dzungla^ asteroidy. 



- JVloj Boze, zostalismy trafieni! - uslyszeli cienki pisk kapitana Wallsa. 

- To twoja wina! - Murdock ryczal na Kennistona. - Wy przekl^ci piraci, umrzecie za to! 

- Pozwolcie mi zasia^c za sterami, albo za pie/6 minut wszyscy umrzemy! - zawolal 
Kenniston. - Rozwalimy si§ w drobiazgi, jezeli wyladuj§ przy uzyciu silnikow ogonowych. . . 

Nie zwazajac na bron w rekach Murdocka, skoczyl do sterow. Jego dlonie przebiegly po 
przepustnicach, desperacko odpalajac rufowe silniki rakietowe, szybkimi uderzeniami ci^gu. 
Probowal wyciajmac ich z ruchu wirowego, w ktory wpadli po uderzeniu. 

Rakiety hamujace na dziobie zostaly zniszczone. Statek byl okaleczony, niemal 
niemozliwy do pilotowania. A ciemne, zielone dzungle na powierzchni Westy p^dzily w gor§ 
z przerazajaxa^ szybkosci^. 

Szalencze wysilki Kennistona wyci^gnejy Sunsprite 'a z ruchu wirowego. Ci^giem 
silnikow bocznych, ustawil i utrzymywal spadajaxy statek ogonem do dolu. 

- Jestesmy zgubieni - wrzasnal ktos w glebi statku. - Rozbijemy siej 

Na zewnatrz lecaxego na dol statku, wylo powietrze. Kenniston z nadludzkim spokojem 
trzymajac dlonie na przepustnicach silnikow, mechanicznie ocenil odleglosc do pe/dzacej w 
gor§ zielonej dzungli. 

Dostrzegl w dzungli male czarne jezioro, a w jego poblizu duzy okr^g elektrycznej 
palisady. Rozpoznal go. To oboz Johna Darka! 

Wtedy, tysiac stop ponad dzungl^, r§ce Kennistona szarpnejy przepustnice, otwierajac je 
do kohca. Rakiety ogonowe wyrzucily w dol strugi ognia. 

Szalehczy wstrz^s naglego hamowania, niemal odrzucil go od sterow. Jego re/ce z 
szybkoscia^ blyskawic strzelaly po przepustnicach wt^iz powrotem, kontrolujac dalsze 
opadanie statku, przy pomocy jednego szybkiego uderzenia ci^gu po drugim. 

Odglos lamanych galezi... oszolamiajaxy wstrz^s boczny, ktory zwalil go z nog. Zgrzyt 
uderzenia, a potem cisza. Wyladowali. 



21 



Rozdzial 4 
Westanie 



JVenniston podniosl si§, stajac chwiejnie na nogach. Wstrz^s porozrzucal pozostale 
osoby obecne na mostku, po scianach i podlodze, ale wszyscy wydawali si§ bye jedynie 
potluczeni. Hoik Or ochranial swoja^ poparzona^ r§k§. Ale pistol et atomowy chwiejaxego si§ w 
kacie Hugha Murdocka tingle celowal w Kennistona i Jowianina. 

- Moj Boze, co za ladowanie! - zawolal kapitan Walls, a z jego pulchnej plazy nie zeszla 
jeszcze bladosc. - Myslalem, ze juz po nas. 

- Bye moze ci^gle tak jest - ponurym glosem stwierdzil Murdock. Zapalczywie rzucil w 
strong Kennistona: - Myslisz sobie, ze wygrales, co? Bo udalo ci si§ rozbic nas na tej 
asteroidzie, na ktorej czeka twoj kolezka, herszt piratow? 

- Posluchaj, Murdock. . . - zaczal desperacko Kenniston. 

- Podnos lapy do gory, albo zabij§ was obu! - zaplonal gniewem Murdock. - Jazda na 
dol, do glownej kabiny. 

Kenniston i Jowianin posluchali bez szemrania. Sunsprite stal ostro przechylony na jedna^ 
strong i zejscie na dol do duzej kabiny glownej, po nachylonych przejsciach i pokladach, nie 
bylo latwe. 

W kabinie panowalo spore zamieszanie, poniewaz na skosnej podlodze nie dalo si§ 
prosto stance. Mlody Arthur Lanning lezal ogluszony, a Gloria Loring wraz z wystraszon^ 
blondynk^, Alice Krim, obmywaly mu rozbite czolo. Robbie Boone wygladal rozbieganym 
wzrokiem przez iluminator na rozswietlony sloncem g^szcz zielonej dzungli. Z gardla pani 
Milsom wydobywalo si§ ostre, nieprzerwane Ikanie zgrozy. 

- Niech pani przestanie skrzeczec - brutalnie przerwal pulchnej wdowie Murdock. - Nie 
si§ przeciez pani nie stalo. Gloria, czy reszta z was czuje si§ dobrze? 

Gloria uniosla blada^ twarz, odrywajac si§ od pracy. 

- Jestesmy tylko poturbowani, Hugh. 

Mowiac to nawet nie spojrzala na Kennistona, ani na wielkiego Jowianina. 
Robbie Boone zaczal szczekac zebami. 

- Murdock, i co my teraz zrobimy? Rozbilismy si§ na tej piekielnej, pokrytej dzungla^ 
asteroidzie... 

Murdock nie poswi^cil pucolowatemu mlodziehcowi najmniejszej uwagi. Do kabiny 
weszli kapitan Walls, Bray i czterech marynarzy. Kapitan i pilot mieli u pasa pistolety 
atomowe. 

Pulchna twarz kapitana Wallsa byla jeszcze bardziej blada, niz przedtem. 

- Dwoch ludzi z zalogi nie zyje, a nasze teleaudio zostalo rozbite przez ten meteor - 
oznajmil. Skoczyl w strong Kennistona. - Ty cholerny piracie! To ty jestes za to 
odpowiedzialny! 

- Krazownik nie zostalby trafiony, gdybyscie nie odci^gneh mnie od sterow - bronil si§ 
Kenniston. - A ja nie jestem zadnym piratem. . . 

Murdock przerwal mu. 

- Tymi dwoma zajmiemy si§ pozniej - uspokoil rozwscieczonego kapitana. - Teraz 
musimy wydostac si§ ze statku. Nie mozemy w nim zostac, chyba ze uda nam si§ postawic go 
na rownej st^pce. 

22 



Hoik Or wyhuczal ostrzezenie. 

- Lepiej badzcie ostrozni z tym wychodzeniem na zewnatrz. W tych dzunglach roi si§ od 
Westan. 

- Nie zycze; sobie zadnych rad od waszej dwojki, wy piraci! - wybuchnal kapitan. - 
Bray, pan i Thorpe, prosz§ trzymac ich przez caly czas pod broni^. 

Ciezkie glowne wrota statku zostaly otwarte. Do srodka wpadlo biale swiatlo sloneczne i 
cieple, parne powietrze, przesiakniete zapachami roztaczanymi przez dziwne, egzotyczne 
rosliny. Na zewnatrz rozci^gala si§ poszarpana pusta przestrzen, ktora^ wyrwal w dzungli 
spadajaxy statek. 

Kapitan Walls dopilnowal, aby wszyscy zalozyli ciezkie, buty o olowianych podeszwach, 
ktore mialy skompensowac slabsze przyci^ganie. Potem zeszli ze statku, razem z mlodym 
Lanningiem, podtrzymywanym przez Murdocka i Robbiego. Kenniston i Jowianin wychodzili 
na koncu, pod uwaznym nadzorem uzbrojonych straznikow. 

Zaloga i pasazerowie przygladali si§ statkowi i okolicy ze zdumieniem i przestrachem. 
Srebrzysty kadlub Sunsprite'a, stal niezgrabnie przechylony na bok. Symetryczny ksztalt 
torpedy, obecnie byl mocno znieksztalcony przez zniszczony i wgnieciony dziob. 



W wyblaklym swietle slonecznym, wsz^dzie wokol nich wznosily si§ smukle drzewa, 
ktorych ogromne zielone liscie wyrastaly bezposrednio z pni. Ten groteskowy las wygladal na 
jeszcze g^stszy niz byl, dzieki girlandom poskrexanych w^zowych lian, dziwacznych, 
pozbawionych korzeni pnaxzy, ktore pelzly jak roslinne weze z jednego drzewa na drugie. 
Kazdy podmuch wiatru powodowal opadanie z drzew bialego prysznica pylu z zarodnikow. 

Kilka zywych stworzen, widocznych posrod tego odpychajaxego krajobrazu, bylo rownie 
obcych. Wielkie biale szczury meteorowe przeciskaly si§ przez g^szcze na swoich osmiu 
lapach. W wyzszych partiach dzungli, pomie/dzy liscmi, pe/dzily jak smugi ognia, 
fosforyzujace plomieniste ptaki. Na rozciaj>ajaxym si§ w gorze bladym niebie, widac bylo 
niekohczace si§ rozblyski i potoki swiatla, powodowane przez meteory roju orbitalnego, 
odbijajace promienie sloneczne. 

- Co za okropnie miejsce! - pisneja pani Milsom. - Wszyscy rutaj zginiemy. . . nigdy nie 
wrocimy na Ziemi§. Bylam pewna, ze tak to si§ to skonczy! 

- To z pewnosci^ kiepskie miejsce na to aby si§ rozbic - wymamrotal kapitan Walls. - 
Bog wie, jakie dziwne stworzenia tutaj zyj^, nie mowiac juz o tych tajemniczych Westanach, 
o ktorych wszyscy tyle mowi^. A jeszcze gdzies tu czai si§ John Dark i jego ludzie. W 
dodatku teleaudio zostalo zniszczone i nie mozemy wezwac pomocy. 

Kenniston uswiadomil sobie w tej chwili, ze kiedy spadali, nikt z pozostalych nie 
zauwazyl obozu Johna Darka. Nie wiedzieli wie/c, ze obozowisko piratow znajduje si§ w 
odleglosci jedynie kilku minut drogi przez dzungl§. 

- Co wiex robimy, panie kapitanie? - zapytala Gloria, jej twarz byla cie/gle blada, ale glos 
calkiem pewny. - Czy mozemy stad odleciec? 

Kapitan Walls wygladal na zupelnie bezradnego. 

- Nie mozemy stad wystartowac, z tym dziobem Sunsprite, calym wgniecionym do 
srodka. 

- Mozemy go przeciez naprawic, czy nie? - zasugerowal Murdock. - Prosz§ pamietac, ze 
w ladowni mamy caly ladunek maszyn i materialow, ktore ten pirat Kenniston zabral do 
naprawy statku Darka. Czy nie mozemy uzyc tego wyposazenia? 

Wygladalo, ze kapitan nabral nieco nadziei. 

- Bye moze uda nam si§ to zrobic. Bray, marynarze i ja, moze zdolamy dokonac 
prowizorycznych napraw, latajac dziob i instalujac na nim nowe silniki rakietowe. Musimy 
jednak pracowac szybko, zeby uciec stad, zanim szajka Darka dowie si§, ze tu jestesmy. 

23 



Wskazal oskarzycielsko na Kennistona. 

- Lepiej zamknijmy gdzies tego goscia i jego wspolnika, tak bysmy byli pewni, ze nie 
wyslajakiegos sygnalu do swoich kolezkow piratow. 

Kenniston ponownie probowal wyjasnic. 

- Czy w koncu mnie wysluchacie? M6wi§ warn, ze nie jestem zadnym piratem! 
Murdock zmierzyl go surowym spojrzeniem. 

- Czy zaprzeczysz temu, ze John Dark wyslal tie; na Marsa po materialy i sprzej; do 
napraw, i ze opowiedziales nam t§ bajeczk^ o skarbie, aby przywiezc to wszystko tutaj 
naszym statkiem? 

- Nie, nie mog§ temu zaprzeczyc - przyznal Kenniston. - Ale nie jestem jednym z 
piratow Johna Darka. .. i nigdy nim nie bylem! Bylem wiezniem na jego statku. Piraci mnie 
zlapali zanim sami zostali zaatakowani przez Patrol. 

- I myslisz, ze my w to uwierzymy? - z powatpiewaniem stwierdzil Murdock. 

- Ale to prawda! - upieral si§ Kenniston. - Moj maly brat Ricky i ja zostalismy 
schwytani przez ludzi Johna Darka, kilka tygodni temu. Bylismy wiezniami na jego statku, 
kiedy zostal zniszczony przez Patrol. Potem kiedy wrak zdryfowal tutaj, na West§, Dark 
chcial wyslac kogos na Marsa po sprzet naprawczy. Nie mogl wyslac zadnego ze swoich 
oficerow, poniewaz bal si§, ze wystawiliby go do wiatru i nigdy nie wrocili. 

- A wie/c wyslal z ta^ sprawa^ mnie, swojego wieznia. Hoik Or polecial ze mn^, zeby 
pomoc mi w nawigacji statkiem w drodze powrotnej. A ja musialem wykonac polecenia 
Darka, i za wszelka^ cen§ przywiezc tutaj to wyposazenie. Poniewaz Dark zostawil sobie jako 
zakladnika, moj ego brata, Ricky' ego, i zapowiedzial mi, ze jesli nie wroc§ z materialami, 
Ricky zostanie zastrzelony! 

Hoik Or glosno potwierdzil: 

- To, co powiedzial warn Kenniston, to prawda - zahuczal glos Jowianina. - Jesli chodzi 
o mnie, to jestem jednym z piratow Darka, i zupelnie mnie nie obchodzi, kto o tym wie, i co o 
tym sadzi. Kenniston jednak robil to tylko po to, aby uratowac swojego brata. 

- Nie wierz§ w to - stanowczo oswiadczyl kapitan Walls. - To kolejne z tych gladkich 
klamstw, jakie ten czlowiek wyglasza tak latwo. 



Crloria tingle spogl^dala na Kennistona oskarzycielskim wzrokiem. Powiedziala: 

- Jesli to co powiedziales jest prawda^ i nie jestes piratem, to zwabiles nas w pulapk§, po 
prostu tylko dlatego, aby uratowac swojego brata? 

Kenniston spogl^dal na nia^ zalosnie. 

- Tak, zrobilem to. Chcialem doprowadzic do waszego schwytania, aby ratowac 
Ricky' ego. Mial em jednak powody. . . 

- Pewnie, ze miales powody - gorzko stwierdzil Murdock. Co znaczy dla ciebie 
bezpieczehstwo grupy jakichs obcych ludzi, w porownaniu z twoim cennym bratem! 

Kapitan Walls gniewnie kiwnai r§k^ na Kennistona i Holka Ora, wskazujax w strong 
statku. 

- Bray, wez ich stad i zamknij pod straza^ w kabinie - rozkazal. 
Hoik Or nagle wrzasnal: 

-Uwazajcie! Tarn jest Westanin! 

Kenniston, ktoremu alarmuj^cy okrzyk zmrozil krew w zylach, spojrzal we wskazywane 
przez Jowianina miejsce. Na zachodnim skraju pustej przestrzeni, z g^stej zielonej dzungli 
wylonilo si§ male zwierz^. 

Bylo to szescionozne, pasiaste, podobne do kota stworzenie, nie wygladajace specjalnie 
niezwykle, przynajmniej jesli chodzi o zwierz^ta z innych planet. Jego leb wydawal si§ bye 



24 



jednak jakis dziwny, wygladalo jakby miedzy uszami zwierz^cia spoczywala przyczepiona 
bulwiasta szara masa. 

Kapitan Walls wydal z siebie szyderczy okrzyk. 

- Przeciez to jest tylko zwykly kot asteroidowy! 

- To jest Westanin! - zawolal Kenniston. - Strzelajcie mu w leb. . . 

Jego ostrzezenie bylo jednak spoznione. Kotowate stworzenie rzucilo si§ poteznym 
susem w strong grupy. 

Kiedy tylko pasiaste cialo wystrzelilo w powietrze, Walls nacisnal spust trzymanego w 
reku pistoletu atomowego. Uwolnione z trzaskiem wyladowanie energii rozerwalo cialo 
szarzujaxego kota asteroidowego, i zwierz§ ciezko upadlo kilka jardow od nich. 

W chwili kiedy padalo na ziemi§, pokrywajaca jego kark mala szara masa, nagle 
oderwala si§ od martwego zwierz^cia i pomkneja szybko przed siebie. Z blyskawiczn^ 
szybkoscia^ rzucila si§ w kierunku Braya, ktory akurat stal najblizej z calej grupy. 

Male, szare stworzenie bylo nie wieksze, niz dwie zwiniete razem pi^sci ludzkie. Szara, 
pomarszczona masa, pozbawiona jakichkolwiek cech charakterystycznych, poza oczkami jak 
szpileczki i krotkimi szponiastymi nogami, na ktorych p^dzila. Dopadla Braya i kiedy 
zaskoczony klal niczym swiat stoi, wdrapala si§ mu szybko po nodze i plecach. 

Kenniston z przerazenia nie zwazal na niebezpieczenstwo, wrzasnal glosno i ruszyl w 
strong pilota. Bray przeklinal i probowal uderzeniem stracic wspinajace mu si§ po plecach 
szare stworzenie. Ale malec zdazyl dopasc jego karku. Wczepil mu si§ w plecy i szybko wbil 
dwie male, ostre jak igly antenki w podstaw^ szyi. 

- Trzymajcie go! - ochryplym glosem krzyknal Kenniston. - Westanin go dopadl! 
Kiedy szare stworzenie zatopilo swoje antenki w jego karku, zachowanie Braya nagle 

uleglo zmianie. Jego twarz zesztywniala i stala si§ podobna do maski. 

Pilot odwrocil si§ i pobiegl sztywno w strong dzungli. Kenniston skoczyl i niemal go 
dosiejmal, ale Bray machnal pi^sci^, posylajac Kennistona na ziemi§. 

- Nie pozwolcie mu uciec! - wrzasnal Kenniston podnoszac si§ na nogi. 

Ale pozostali byli za bardzo porazeni zdumieniem i przerazeniem, aby zadzialac na czas. 
Bray zdazyl juz zanurkowac w dzungli i zniknal im z oczu. 

- Moj Boze, co si§ stalo? - zawolal oslupialy kapitan Walls. - Bray najwyrazniej oszalal! 
Jego pistol et mierzyl w Kennistona i Holka Ora, tak jakby uwazal ich za 

odpowiedzialnych za to co zaszlo. 

- On nie oszalal, ale teraz jest zgubiony - ciezko stwierdzil Kenniston. - To male szare 
stworzenie, to byl jeden z Westan. 

- Ale co on mu zrobil? To stworzenie nie bylo na tyle duze, zeby zrobic komukolwiek 
krzywde/. 

- Jeszcze nie wiesz o nich wszystkiego - zlowieszczo oznajmil Hoik Or. - Ci mali 
Westanie, to najbardziej niebezpieczne stworzenia w calym Ukladzie Slonecznym. 

- Westanie - ponuro dodal Kenniston, - s^ na wpol inteligentnymi pasozytami. Zyja^ 
przytwierdzajac si§ do cial innych stworzeh i kontrolujac ich umysly. Robia^ to, wkluwajac si§ 
tymi malymi, podobnymi do igiel antenkami, w system nerwowy ofiary. Po tym zabiegu, 
Westanin w pelni kontroluje cialo nosiciela. Kiedy ofiara umiera, albo zostaje ranna, 
Westanin odlacza si§ od niej i umocowuje si§ na innym nosicielu. 



Na pobladlych twarzach pozostalych ludzi, widac bylo przerazenie. Murdock przelknal 
slin§ i spytal: 

- A wie/C, Bray... 

- Braya nie mozna juz uratowac - powiedzial Kenniston. - Westahski pasozyt b^dzie 
kontrolowal jego cialo, dopoki nie umrze. Westanie zawsze lubili przyczepiac si§ do istot 

25 



ludzkich. Wiedz^, ze cialo czlowieka posiada duzo bardziej wszechstronne mozliwosci, niz 
zwierz^cia. 

Nad mala^ polana^ w dzungli stopniowo zapadal zmierzch, poniewaz w czasie ostatnich 
kilku minut, si once zaszlo juz za horyzontem. W g^stniejaxym zmroku otaczajaca ich dzungla 
wygladala na ponura^ i zaduman^. 

W gorze, na niebie tej Planety Tysiaca Ksiezycow, spektakl natury zaczal prezentowac 
si§ w pelnej krasie. Setki orbitujaxych wokol asteroidy meteorow, widocznych w kazdym 
niemal zakatku nieba, w zapadajaxym mroku jasnialo coraz silniejszym blaskiem. 

Kapitan Walls przelamal w koncu zakl^cie przerazenia i strachu. 

- Lepiej bedzie jesli na dzisiejsza^ noc schronimy si§ z powrotem na statku - nerwowo 
oznajmil. - I tak az do jutra nie mozemy ruszyc z zadnymi naprawami. W tym czasie 
zastanowimy si§ nad jakims sposobem radzenia sobie z tymi diabelskimi stworzeniami. 

Murdock powiedzial gorzko do Kennistona: 

- To co spotkalo Braya, to rowniez twoja wina, Kenniston. To ty sciajmales jego i te 
kobiety w takie miejsce, wszystko z powodu tego twojego braciszka. 

- Kiedy wrocimy na Marsa, odpowie za to przed sadem - obiecal kapitan. - Nawet jesli 
poczatkowo nie byl jednym z ludzi Darka, pomagajac mu sam rowniez stal si§ piratem 
kosmicznym, wartym szubienicy. 

Kenniston nie probowal si§ nawet bronic. Wiedzial, ze oni tego nie zrozumieja^ dlaczego 
poswiexil ich, aby uratowac Ricky' ego, nawet jezeli wszystko im opowie. 

Wraz z Holkiem Orem zostali zamkni^ci w jednej z malych kabin, po wczesniejszym 
dokladnym jej przeszukaniu. Na zewnata, za zamknieJymi na klucz drzwiami, na strazy 
stanal marynarz Thorpe. 

Hoik Or, bandazujaxy poparzona^ rek§, rozejrzal si§ z niesmakiem po ciemnej malej 
kabinie. 

- Wpadlismy w najbardziej diabelne klopoty z mozliwych - zaklal Jowianin. - 
Dolecielismy z materialami taki kawal, na sama^ West§, ale nie mozemy zawiadomic o tym 
szefa. 

Kenniston spytal go z zarem: 

- Hoik, czy John Dark rzeczywiscie zastrzeli Ricky' ego, jesli nie dostarczymy mu tego 
wyposazenia? Powiedzial, ze tak zrobi, ale przeciez wiesz, ze go potrzebuje. 

Kenniston uczepil si§ tego ostatniego skrawka nadziei na uratowanie brata. John Dark i 
jego piraci naprawd^ potrzebowali Ricky' ego. Poniewaz Ricky byl lekarzem — doktorem 
Richardem Kennistonem z Instytutu Medycyny Planetarnej . 

To dlatego John Dark darowal zycie obu braciom, kiedy zostali schwytani na frachtowcu, 
ktorym wracali z Saturna na Ziemi§. Normalnie herszt piratow zabilby ich bez litosci, tak jak 
zabijal wszystkich wiezniow, ktorzy nie byli dostatecznie bogaci, i nie mogli zaplacic okupu. 

Uratowalo ich tylko to, ze Ricky byl lekarzem. Piraci potrzebowali lekarza. Z tego 
powodu zatrzymali wie/C obu braci na swoim statku, jako jehcow. Kenniston i Ricky nadal 
byli wiezieni na Falconie, kiedy Patrol w koncu go znalazl i zniszczyl. 

- Dark wie, ze Ricky jest znakomitym lekarzem, a on potrzebuje lekarza - Kenniston z 
nadzieja^ powtorzyl, wielkiemu Jowianinowi. - Z pewnoscia^ nie b^dzie az taki glupi, zeby 
zastrzelic Ricky' ego, nawet jezeli nie dostarczymy tego wyposazenia. 

- Kenniston, nie oszukuj si§ - ostrzegl go Hoik Or. - Szef powiedzial, ze go zastrzeli, 
jesli w ci^gu dwoch tygodni nie wrocimy z materialami, i z pewnosci^ to zrobi. John Dark 
nigdy nie lamie swojego slowa. 

To zapewnienie wbilo jeszcze glebiej sztylet w udrexzona^ dusz§ Kennistona. Jezeli to jest 
prawd^, a w glebi serca doskonale zdawal sobie spraw§ ze jest, Ricky zginie za dwa dni od 
dzisiaj, chyba ze jakos uda mu si§ dostarczyc Darkowi materialy do napraw. 



26 



Nie moze pozwolic na smierc Ricky'ego! Zbyt wiele zalezy od tego, czy jego mlody brat 
przezyje. Musi uratowac Ricky'ego, nawet jesli mialoby to oznaczac oddanie Glorii i 
pozostalych w lapy piratow. Lepiej jesli zostana^ trzymanymi dla okupu zakladnikami, niz 
gdyby Ricky mial zginac! 



JVenniston zerwal si§ na nogi, pelen zdecydowania. 

- A wi§c, musimy si§ stad wydostac - wymamrotal. - Musimy uciec i zaniesc Darkowi 
informacje o tym, ze wyposazenie jest tutaj. 

Pospiesznie kontynuowal. 

- Hoik, oboz Darka jest tylko kilka mil na polnoc stad. Zauwazylem go, kiedy spadal 
Sunsprite. 

Hoi Or zaskoczony zawolal: 

- Dlaczego, u diabla, mi o tym nie powiedziales? Myslalem, ze bye moze jest gdzies 
daleko, moze po drugiej stronie asteroidy, i w tej dzungli nigdy go nie znajdziemy, nawet jesli 
udaloby nam si§ stad uciec. 

- Mimo wszystko, to i tak nie b^dzie latwa sprawa - ostrzegl go Kenniston. - W dzungli 
pomi^dzy tym miejscem, a obozem Darka, moga^ dopasc nas Westanie. A w kazdym razie, w 
jaki sposob mielibysmy wydostac si§ z tej kabiny? 

Wielki Jowianin usmiechnal si§ szeroko. 

- To akurat b^dzie latwe. Juz dawno by mnie tutaj nie bylo, tylko czekalem az na statku 
troche^ si§ uspokoi. 

Kenniston wpatrywal si§ w niego z niedowierzaniem. 

- Te drzwi sa^ zamkniete na klucz. A w kabinie nie ma zadnych narzedzi, ani broni. Kiedy 
ja^ przeszukiwali, nie pomineji niczego, nawet najdrobniejszej rzeczy! 

Usmiech Holka Ora jeszcze si§ poszerzyl. 

- Ale zapomnieli o jednej sprawie. Zapomnieli jak silny jest Jowianin, na takiej malej 
asteroidzie, o slabej sile przyci^gania! 



27 



Rozdzial 5 
Nocny atak 



JVenniston desperacko uchwycil si§ nadziei jaka^ niosly slowa Jowianina. 

- Co przez to rozumiesz, Hoik? 

- Rozumiem przez to, ze na tej malej asteroidzie jestem setki razy silniejszy niz na mojej 
rodzinnej planecie, Jowiszu. W kazdej chwili, kiedy tylko b§d§ chcial, mog§ wylamac zamek 
w tych drzwiach 

- Ale tam na zewnatrz stoi uzbrojony straznik. 

- Wiem, i w tym miejscu zaczyna si§ twoja rola, Kenniston. Kiedy wylami§ te drzwi, 
musisz bye gotow, zeby natychmiast rzucic si§ na straznika. 

Kenniston szybko myslal. Szanse na wydostanie si§ ze statku i bezpieczne przedarcie si§ 
przez dzungl§ do obozu piratow, wydawaly si§ raczej watle, nawet jesli uda im si§ uciec z tej 
kabiny. Tym niemniej, to byla jedyna mozliwosc dostarczenia Johnowi Darkowi sprzetu 
znajdujaxego si§ w ladowni. 

Gorzka ironia tej calej sytuacji, uderzyla Kennistona, chyba juz po raz setny. On, Lance 
Kenniston, przez kilkanascie lat szanowany czlowiek kosmosu, usilowal desperacko 
dopomoc, najbardziej chyba notorycznemu piratowi przestworzy! Nawet jesli oznacza to 
sci^gni^cie niebezpieczenstwa na glow§ dziewczyny, do ktorej czul. . . 

Wyrzucil Gloria ze swego umyslu. Nie wolno mu teraz o niej myslec. Musi myslec 
wylacznie o Rickym, i o tym co przepadnie na wieki, jezeli Ricky umrze. Musi zaryzykowac 
wszystko, poswiexic wszystko, zeby zapobiec tej stracie. 

- Rownie dobrze mozemy sprobowac teraz - zaproponowal Jowianinowi przyciszonym 
glosem. - Na statku chyba panuje juz spokoj. 

- B§d§ si§ staral, zeby nie narobic za duzo halasu - wymruczal Hoik Or. - To co, jestes 
gotow? 

Wielkie r§ce Jowianina zlapaly za klamk§ u drzwi. Kenniston przyczail si§ tuz obok 
niego, napinajac wszystkie mi^snie. 

Hoik Or raptownie uzyl calej swojej, ogromnie zwiekszonej sily, wkladajac ja^ w potezne 
szarpni^cie drzwiami. Zamek zlamal si§ z trzaskiem podobnym do wystrzalu z pistol etu, i 
drzwi stanejy otworem. 

Stojacy pod kabiny straznik, odwrocil si§ z zaskoczeniem, jego reka pow^drowala do 
przypi^tego za pasem pistoletu atomowego, a usta otworzyly si§ do krzyku. Ale natychmiast 
kiedy tylko drzwi zostaly wyrwane z framugi, Kenniston rzucil si§ na niego jak ludzki pocisk. 

Pi^sc Kennistona trzasneja marynarza w podbrodek i m^zczyzna zaczal upadac 
bezwladnie, pozbawiony przytomnosci, zanim z gardla zdazyl mu si§ wyrwac najlzejszy 
krzyk. Kenniston pospiesznie zlapal jedna^ r^kajego pistolet atomowy, a druga^ przytrzymal i 
ulozyl na podlodze samego wartownika. 

Razem z Holkiem Orem przez chwil§ nasluchiwali w napi^ciu. Pojedynczy ostry trzask 
pekajaxego zamka, najwyrazniej nikogo nie zaalarmowal. Na statku panowal spokoj. 
Wszyscy na pokladzie byli wyczerpani i mocno zasneji. 

- Chodzmy - z napiexiem wyszeptal Kenniston do Jowianina. - Musimy si§ pospieszyc, 
zeby dotrzec do obozu Darka, przed kohcem nocy. 

Hoik Or zachichotal. 

28 



- Szef przyjmie nas z otwartymi rekoma, gdy dowie sie ze mamy tutaj dla niego te 
wszystkie materialy. 

Kiedy przekradali sie przez ciemny statek i wychodzili przez glowne wrota, Kenniston 
przez caly czas trzymal reke na pistolecie atomowym. Gdy znalezli sie juz na zewnatrz, 
przystaneli w ciemnosciach. 

Sceneria roztaczajaca sie wokolo byla magiczna, nieziemsko piekna. Ogromna metalowa 
masa krazownika i wznoszaca sie wokol polany dzungla, skapane byly we wspanialym 
srebrzystym swietle, opadajaxym z cudownego nocnego nieba, tej Planety Tysiaca 
Ksiezycow. 

Na rozposcierajaxym sie nad glowami sklepieniu niebios, rzeczywiscie musialo chyba 
plonac tysiac ksiezycow! Na calym ciemnym niebie klebily sie wrecz jasniejace malutkie 
ksiezyce, pedzace nieprzerwan^ rzeka^ przez firmament, wraz z rojem meteorow, ktorego byly 
czesci^. Wygladalo to jak wspaniala panorama swiata ze snow. 

Kenniston jednak byl przyzwyczajony do tego nieziemsko pieknego spektaklu. Jako 
pierwszy ruszyl szybkim krokiem w strone polnocnego skraju dzungli. 

- Musimy tylko przedzierac sie caly czas na polnoc - powiedzial Jowianinowi. - Kiedy 
dojdziemy do tego malego jeziora, bez trudu znajdziemy oboz Darka. 

Zanurzyli sie w gestej dzungli, bajkowej krainie srebrzystych smug swiatla, 
przebijajacych sie przez zaslone z lisci. Cos nagle poruszylo sie w poblizu. 

- Kenniston, strzelaj ! - natychmiast krzykn^l Hoik Or. 



JVenniston juz wczesniej zauwazyl biale zwierze pedz^ce w ich strone przez niewielka^ 
late ksiezycowego swiatla. Byl to jeden z wielkich szczurow meteorowych. Na jego karku 
pietrzyl sie maly szary kl^b, Westanin. 

Przerazenie wywolane przez ohydne pasozyty, pomoglo Kennistonowi blyskawicznie 
zacisn^c palec na spuscie pistoletu atomowego. Trzeszczaxe wyladowanie energii, ktore 
wylecialo z broni, uderzylo prosto w przyczepionego do szczura meteorowego Westanina, i 
zarowno pasozyt jak i jego ofiara zamienili sie natychmiast w wypalony, dymiaxy stos 
resztek. 

- Jasna cholera by to wziela! - zawolal wielki Jowianin. - Obudzilismy caly statek! 

Z Sunsprite 'a wylewali sie juz ludzie obudzeni przez wystrzal pistoletu atomowego, i 
pedzaxy za dwoma uciekinierami. Kenniston uslyszal krzyk kapitana Wallsa. 

- S^ tutaj, w dzungli! Rozproszyc sie i otoczyc ich! - rozkazal oficer. 

Kenniston i Jowianin pobiegli przed siebie, probujac uciekac na polnoc. Wkrotce jednak 
natkneli sie na niemozliwe do przedarcia kolczaste zarosla. 

Zanim udalo im sie znalezc droge dookola, wszedzie wokol siebie uslyszeli zaciesniaj^cy 
sie pierscieh ludzi. Byli calkowicie otoczeni. 

- Kenniston! Ty i Jowianin macie wyjsc na polane z podniesionymi rekoma, albo kaze 
wypalic kazdy cal tych zarosli, a i tak was dostane! - uslyszeli stentorowy glos kapitana. 

- Do diabla, zlapali nas w potrzask! - ze wscieklosci^ w glosie zawolal Hoik Or. - 
Musimy wywalczyc sobie droge przez nich. 

- Nie - oznajmil Kenniston. - I tak by nam sie to nie udalo. A ja nie bede strzelal do 
niewinnych ludzi. 

Hoik Or z gniewem probowal zlapac za pistolet atomowy, ale Kenniston blyskawicznie 
odrzucil go w krzaki. Nawet w tak ekstremalnych warunkach, nie potrafil sie zmusic do 
zabijania. 

- Jestes skohczonym glupcem! - Jowianin ze zlosci az zazgrzytal zebami. - Teraz nie 
pozostalo nam nie innego, tylko sie poddac. 



29 



Z uniesionymi rekoma, wyszli z dzungli na jaskrawe srebrzyste swiatlo zalewajace 
polane\ Natychmiast zostali otoczeni przez kapitana Wallsa, Murdocka i uzbrojonych 
marynarzy. 

Dziewczeta, ich wystraszona opiekunka, mlody Lanning i Robbie Boone, wychodzili 
wlasnie z Sunsprite 'a, zwabieni przez odglosy alarmu. Kenniston nie patrzyl w ich kierunku. 

Widoczna w ksiezycowym swietle twarz kapitana Wallsa, byla bardzo ponura. On, oraz 
jego ludzie trzymali dwoch schwytanych zbiegow pod broni^. 

- Kenniston, ty i ten Jowianin, ruszyliscie w drog§ do Johna Darka, zeby doniesc mu o 
naszej obecnosci tutaj, nieprawda? Nie musisz zaprzeczac, to zupelnie oczywiste. 

- Pewnie, ze tak! - zawolal wsciekly Jowianin. - I z pewnoscia^ by nam si§ to udalo, 
gdyby z dzungli nie wyskoczyl ten przekleJy Westanin! 

- To oznaczaloby zlapanie nas wszystkich przez piratow Darka - ponuro stwierdzil 
kapitan. - Dopoki zyjecie, wasza dwojka stanowi dla nas powazne zagrozenie. Mam zamiar 
to zagrozenie usunac. Jako kapitan statku kosmicznego, zgodnie z prawem mam mozliwosc 
wykonania natychmiastowej egzekucji na kazdym piracie kosmicznym, jakiego zdolam 
zlapac. I teraz taka^ egzekucji zarzadzam. 

- Ma pan zamiar ich zabic? - zawolala Gloria. - Och nie. . . nie moze pan! 

- To jest absolutnie konieczne, zanim oni wydadza^ nas piratom, panno Loring - bronil 
swojej decyzji kapitan. - Gdybysmy ich zabrali na Marsa, i tak zostaliby skazani na smierc 
przez sad. A my nie mozemy zaryzykowac trzymania ich w areszcie przez tak dlugi czas. 

- Ale tak po prostu ich zastrzelic? - spytala ze zgroza^ Gloria. - Nie mog§ na to pozwolic! 
Murdock wzial ja^ za rek:§. 

- Takie jest prawo kosmosu, Glorio - zarliwie j^ zapewnil. - Lepiej idz z powrotem na 
statek. 

Kenniston w milczeniu stal na jasnej polanie, poniewaz zdawal sobie spraw§, ze 
zdecydowanie w glosie Wallsa, oznaczalo ze te wszystkie apele b^da^ zupelnie nieskuteczne. 
Nie bylo sensu probowac im ponownie wyjasniac, dlaczego zdecydowal si§ zdradzic ich 
wszystkich po to, aby uratowac Ricky' ego. Nawet gdyby go wysluchali, i tak by tego nie 
zrozumieli. 

Czul si§ zm^czony, rozbity, stary. W ci^gu ostatnich kilkunastu lat, przebyl daleka^ drog§, 
ale kazda jej mila prowadzila tylko do tego kohca. Mial umrzec tutaj, pod tymi pe/dzaxymi 
meteorami-ksiezycami Westy, a to oznaczalo ze Ricky i jego marzenie, wkrotce rowniez 
umr^. 

- Mowilem ci, ze glupio zrobiles, wyrzucaj^c ten pistolet w krzaki - wymamrotal do 
niego Hoik Or. 



- Wy dwaj, ruszac tarn dalej, na skraj polany - ponuro rozkazal kapitan Walls, 
machajax trzymana^ w r§ku broni^. - Kenniston, czy chcialbys cos przedtem powiedziec? 

- Nie, czego ty i twoi ludzie, byscie chcieli wysluchac albo zrozumiec - mrocznym 
glosem odparl Kenniston. - Nie, nie mam nie do powiedzenia. 

W tej samej chwili od strony ciemnej dzungli uslyszeli twardy spokojny glos. 

- Ale ja mam cos do powiedzenia. Wy wszyscy tarn, rzucic t§ broh na ziemi§ i podniesc 
rexe do gory! 

Walls obrocil si§ dookola, z przeklehstwem na ustach, unoszac swoj pistolet atomowy. 
Ale z dzungli uderzyla jasna smuga ognia, ktora trafila kapitana w rami§ i odrzucila go nieco 
do tylu. 

Jedna z dziewcz^t glosno krzykneia. Inny z marynarzy z Sunsprite 'a probowal takze 
wycelowac ze swojej broni, ale zostal scieJy przez drugie wyladowanie energii atomowej, 
ktore trafilo go w nog§. 

30 



- Nie chc§ was pozabijac, chyba ze mnie do tego zmusicie - z ciemnosci ponownie 
dolecial ten rzeczowy glos. - Made dziesi^c sekund na rzucenie broni. 

- Kenniston, to szef! - wrzasnal z podnieceniem Hoik Or. - To John Dark, we wlasnej 
osobie! 

Nazwisko straszliwego pirata, synonim zimnej bezwzgl^dnosci, wzmocnilo wymowe; 
grozby, ktora padla z ciemnosci. 

Murdock rzucil trzymana^ bron i zawolal: 

- Hej, ludzie! Rzucic pistolety atomowe! Jezeli sprobujemy walczyc, moga^ ucierpiec 
kobiety! 

Marynarze z Sunsprite 'a, rzucili swoje pistolety na ziemi§. Natychmiast na zalana^ jasnym 
swiatlem polan§ wyskoczyla z dzungli cala gromada piratow. Marsjanie, Wenusjanie, 
Ziemianie i inni. W sklad tej hordy wchodzili kryminalisci, reprezentujaxy podziemia 
przest^pcze kazdej z planet Ukladu Slonecznego. 

W ci^gu kilku chwil rozbroili kompletnie wszystkich stojaxych na polanie i ustawili ich 
w rz^dzie przed statkiem. Wszystkich za wyjatkiem Holka Ora, ktory glosno wital si§ ze 
swoimi pirackimi kamratami. 

Kenniston zobaczyl nadchodzaxego w ich strong, przez rozswietlona^ swiatlem ksi^zycow 
polan§, Johna Darka. Slynny pirat byl wysokim, barczystym Ziemianinem, ale pomimo tego 
w swoich ciezkich ksiezycowych butach, poruszal si§ z lekkoscia^ i gracja^ kota. Czarne, 
niczym nie przykryte wlosy, otaczaly inteligentn^ twarz o czarnych brwiach. W srebrzystym 
swietle wygladala ona na chlodna^ i spokojn^, kiedy jego oczy przemknely po szeregu jehcow. 

- A wiec w kohcu raczyles wrocic, Kenniston. Co z materialami do napraw? - spytal 
ostrym tonem. 

Kenniston kiwnal glowa^ w strong Sunsprite 'a. 

- S^ w ladowni. Dostalismy wszystko co bylo na liscie. 

- Dobrze! - pochwalil Dark. - Widzielismy dzisiejsze ladowanie awaryjne waszego 
statku, i natychmiast wyruszylismy w drog§. Przedzieralismy si§ przez dzungl§, walczyc z 
tymi przekleJymi Westanami, dopoki nie uslyszelismy dolatujaxego stad gwaru glosow. Co 
si§ stalo? Kim sa^ ci ludzie? 

Kenniston wyjasnil w skrocie, jak namowil grup§ Glorii Loring, aby przybyla tu na 
poszukiwania wymyslonego skarbu. Zadbal jednak o to, aby podkreslic kwesti^ bogactwa 
czlonkow grupy, a John Dark zareagowal dokladnie tak, jak si§ tego spodziewal. 

- Jezeli oni s^ tacy bogaci, to ich rodziny b§d^ mogly zaplacic olbrzymi okup. Swietnie 
si§ spisales, Kenniston. 

- A co z Rickym? - nerwowo dopytywal si§ Kenniston. - Czy wszystko z nim w 
porzadku? 

- Pewnie, ze w porzadku. Zostal w obozie - odparl Dark. 
Gloria powiedziala gorzko do Kennistona: 

- Mozesz sobie pogratulowac. Udalo ci si§ uratowac zycie brata. 
John Dark zwrocil si§ do niej : 

- Panno Loring, zakladam, ze pani i pani towarzysze, b§d^ sklonni zaplacic okup rowniez 
za wasza^ zalog§? Nigdy nie bior§ jehcow, chyba ze daje to nadziej^ na dobre zyski. 

- Tak, oczywiscie, zaplacimy okup rowniez za zalogej - skwapliwie zgodzila si§ Gloria. 

- Dobrze! - stwierdzil pirat spokojnie. - Zobaczy pani, ze niewola u nas, nie b^dzie dla 
pani ani troche^ bardziej nieprzyjemna, niz jest to konieczne. 

Pani Milsom, pulchna opiekunka, wytrzeszczala na slynnego pirata oczy, ze skrajna^ 
zgroz^. Kiedy Dark to dostrzegl, w jego oku pojawil si§ sardoniczny blysk. 

- Calkiem ladna z ciebie dziewucha - zwrocil si§ do pulchnej wdowy z kpiaxa^ admiracj^. 
- Zaczyna chodzic mi po glowie mysl, zeby zrezygnowac z okupu i zatrzymac tie; dla siebie. 

- Nie, nie! - wrzasneja przerazona kobieta. 

31 



Dar wybuchnal ryczaxym smiechem. 

- W porzadku, moja przekwitajaca pieknosci, wezmiemy okup rowniez za ciebie. 
Odwrocil si§ i sprawnie zarzucil rozkazami swoich podwladnych, ktorzy do tego czasu 

zebrali si§ za jego plecami. 

- Zabrac ten towar z ladowni, zaladowac na slizgi silowe i zaczac przewozic do obozu. 
B^dziecie musieli wykarczowac drog§ przez dzungl§. Uzyc blasterow atomowych, zeby j^ 
wypalic. 

Jeden z piratow, Marsjanin o twardej twarzy, odparl z niepokojem: 

- To narobi takiego halasu, ze sci^gnie nam na glow§ kazdego Westanina z tej asteroidy. 

- Jezeli b^dziecie trzymac oczy otwarte, bez trudu dacie rad§ odeprzec Westan - odcial 
mu si§ Dark. - A teraz dalej, do roboty! Musimy zabrac stad ten caly towar i natychmiast 
przyst^pic do naprawy Falcona. Ja odprowadz^ tych jencow do obozu. 

Kenniston zostal dolaxzony do pozostalych jencow. Pod silna^ eskorta^ uzbrojonych 
piratow, ktorzy pilnowali kazdego ich kroku, oraz Darkiem i Holkiem Orem na czele, 
wyruszyli przez dzungl^ w strong obozu piratow. 



32 



Rozdzial 6 
Groza asteroidy 



(Jbozowisko piratow pol ozone bylo na wielkiej, wydartej dzungli, polanie, o jak^s mil§ 
od niewielkiego jeziora. Wiekszosc tej wolnej przestrzeni zajmowal lezaxy, dlugi, wznoszaxy 
si§ na wiele metrow w gor§, czarny kadlub najbardziej straszliwego statku korsarskiego jaki 
kiedykolwiek zeglowal w kosmosie. Falcon zostal wypoziomowany, tak ze lezal na rownej 
st^pce, ale zniszczenia w cze^ci podwojnych ogonowych silnikow rakietowych, wyraznie 
wskazywaly na powazne uszkodzenia jednostki. 

Cale obozowisko bylo otoczone i chronione bl^kitna^ kopula^ pola elektrycznego. 
Emitowane ono bylo przez ciezki miedziany przewod, rozwieszony na obwodzie polany, 
zasilany energia^ transmitowana^ izolowanymi kablami, doprowadzonymi do wnefrza statku, 
do generatorow, nap^dzanych przez kilka ci^gle jeszcze dzialajaxych cyklotronow. Ta 
ochronna sciana energii, utworzona zostala na rozkaz Johna Darka, do powstrzymywania 
straszliwych Westan. 

Kiedy razem ze swoimi ludzmi i prowadzonymi jencami, podeszli do migoczacej sciany 
obozu, Johna Dark zawolal glosno: 

- Kin Ibo! Upusc dla nas scianej 

Zobaczyli jak silnie zbudowany Marsjanin, ktory byl w bandzie Darka zast^pca^ dowodcy, 
wskoczyl do srodka statku i wylaxzyl zasilanie bariery energetycznej . Kiedy opadla, Dark i 
jego grupa weszli na polany. Po chwili elektryczna sciana ponownie wystrzelila za nimi w 
gore. 

Kenniston szybko rozejrzal si§ dokola. Po obozie kr^cila si§ masa barwnie 
wygladajaxych piratow. A obok czarnej burty wznoszaxego si§ nad polany Falcona, stal 
szereg malych, prymitywnych chat z bali, zbudowanych przez ludzi Darka. 

Czarne oczy Darka plonejy tryumfem, kiedy przekazal swojemu porucznikowi z Marsa: 

- Kenniston i Hoik Or szcz^sliwie przywiezli materialy. Sprowadzili tu rowniez pewnych 
ludzi, ktorzy przynios^ nam pokazny okup. Ich statek rozbil si§ kilka mil stad na poludnie. 
Wyruszysz z polowa^ ludzi i pomozecie tym ktorzy tarn zostali, w transporcie materialow do 
obozu. 

Kin Ibo z lekkim niepokojem spojrzal na dzungl§, ale wykonal rozkaz. Dark 
machnie/ciem reki skierowal Kennistona i innych wiezniow w strong jednej z chat kolo 
wielkiego statku. 

- Ta chata b^dzie wasza^ kwater^, dopoki nie naprawimy Falcona - oznajmil herszt 
piratow. - Kazde z was, ktore sprobuje z niej wyjsc, zostanie natychmiast zastrzelone. Mam 
nadziej^, ze nie okazecie si§ tacy glupi, aby probowac ucieczki. 

- Racja, ludzie, nie macie najmniejszej szansy - gorliwie zapewnil ich Hoik Or. - Nawet 
gdyby udalo warn si§ przedostac przez sciany elektryczna^ dopadliby was Westanie. W 
dzungli wokol obozu, az si§ od nich roi. 

W milczeniu weszli do chaty. Szeroko otwarte okna wpuszczaly do niej na tyle duzo 
jaskrawego swiatla ksiezycow, aby rozjasnicjej wnefrze. 

Podskoczyl do nich ciemnowlosy energicznie wygladajaxy Ziemianin, i zaczal sciskac 
rek§ Kennistona. 



33 



- Lance, wrociles szcz^sliwie! - zawolal. - Dzieki Bogu... zamartwialem si§ tu o ciebie, 
niemal do szalenstwa. 

- A co u ciebie, Ricky? - z niepokojem wypytywal Kenniston mlodszego brata. - 
Wszystko w porzadku? 

Ricky Kenniston szybko kiwnal kilkukrotnie glow^. 

- Pewnie, wszystko w najlepszym porzadku. Ale sprawy tutaj nie szly najlepiej, Lance. 
Tylko w ci^gu ostatnich kilku dni Westanie zlapali paru piratow, ktorzy zaryzykowali wyjscie 
poza scian§. Te stworzenia doslownie kleLiia^ si§ w otaczajacej nas dzungli. Wydaje mi si§, ze 
musialy chyba sciajmac tu z calej asteroidy. 

Ricky ze zdziwieniem popatrzyi na Gloria i pozostalych, ktorzy weszli do chaty. 

- Lance, kim s^ ci ludzie? Czy oni tez sa^ wiezniami Darka? 

- Tak, jestesmy wiezniami - gorzko odpari mu Hugh Murdock, obrzucajac Kennistona 
wscieklym spojrzeniem. - Jestesmy wiezniami, poniewaz ten twoj braciszek, poswi^cil nas, 
zeby wrocic tutaj i uratowac twoja^ glowe> 

- Lance, chyba tego nie zrobiles? - zawolal ze strapieniem Ricky. 

- Musialem, Ricky - odpari Kenniston. - Gdybym tego nie zrobil, kosztowaloby to twoje 
zycie. 

- Och, oczywiscie - ironicznie przytaknal mu Murdock. - A coz my znaczymy, w 
porownaniu z zyciem twoj ego miodszego brata. 

Kenniston odpowiedzial powoli, slowo po slowie, Murdockowi, Glorii i pozostalym. 

- Stawk^, ktora zmusila mnie do poswiexenia was wszystkich, jest nie tylko zycie 
Ricky'ego. Tu chodzi o cos znacznie powazniejszego. Usilowalem powiedziec warn o tym juz 
wczesniej, ale nie chcieliscie mnie sluchac. 



JVenniston ruszyl w glab chaty i po chwili przyniosl z powrotem czarna^ kwadratowa^ 
torb§ lekarsk^, swojego brata. Otworzyl j^ i spomi^dzy znajdujaxych si§ w srodku rozmaitych 
flakonikow i instrumentow medycznych, wyci^gnal kanciast^ buteleczk^, wypelniona^ 
mlecznym plynem. 

- To wlasnie dla tej buteleczki poswiexilem was wszystkich - stwierdzil bez ogrodek 
Kenniston. 

Wszyscy wpatrywali si§ niepewnym wzrokiem. 

- A co to jest? - spytala zaintrygowana Gloria. 

- To jest odkrycie, jakiego dokonal Ricky - powiedzial Kenniston. - To srodek 
przeciwdzialajaxy i leczaxy paraliz grawitacyjny. 

Kapitan Walls, ktory sam rowniez byl doswiadczonym czlowiekiem kosmosu, jako 
pierwszy z calej grupy docenil znaczenie tego stwierdzenia. Kapitan wci^gnal gleboko 
powietrze. 

- Srodek zapobiegawczy przeciwko paralizowi grawitacyjnemu? Kenniston, jestes tego 
pewien? 

Kenniston powaznie skinal glow^. 

- Tak. Ricky pracowal nad tym problemem juz od dawna, jeszcze w Instytucie 
Medycyny Planetarnej. Wydawalo mu si§, ze znalazl srodek zapobiegajaxy paralizowi 
kosmicznemu, najstraszliwszej pladze zewnetanych regionow Ukladu, chorobie ktora stala 
si§ przyczyna^ zaglady tak wielu kosmonautow. Ale jego formula wymagala wykorzystania 
wielu rzadkich skladnikow, ktore mozna znalezc jedynie na planetach zewneJrznych. 

- Ricky i ja - kontynuowal, - wyruszylismy wiex razem i zdobylismy te skladniki. 
Wytworzylismy srodek i wyprobowalismy go na czlowieku chorym na paraliz grawitacyjny. 
Byl to kosmonauta, ktory lezal sparalizowany juz od wielu lat. Zgodnie z planami srodek 
powinien wzmacniac uklad nerwowy czlowieka, przeciwdzialajac wstrz^sowi zwiazanemu ze 

34 



zmienna^ grawitacj^, i pozwalajac rowniez na odtworzenie juz zniszczonych polaczeh sieci 
nerwowej. I okazalo sie/, ze to dziala. 

W glosie Kennistona, kiedy kohczyl, slychac bylo podejrzan^ chrypke/. 

- Efekty byly wysmienite, i ta zyjaca kloda drewna, ponownie stala si§ czlowiekiem. 
Srodek okazal si§ sukcesem. Ricky i ja wyruszylismy z powrotem na Ziemi§, gdzie 
zamierzalismy oglosic jego odkrycie i zorganizowac produkcj^ na masowa^ skale\ Ale po 
drodze, schwytali nas piraci Darka. 

Kenniston wyrzucil reke: w gescie cierpienia. 

- To dlatego zrobilem wszystko co bylo konieczne, aby uratowac zycie Ricky' ego! 
Zrobilem to, poniewaz Ricky jest jedynym czlowiekiem, ktory zna skomplikowana^ receptur^ 
wytwarzania tego seram. Gdyby on umarl, jego tajemnica umarla by razem z nim. A to 
oznaczaloby, ze w przyszlosci kolejne dziesiatki tysiexy zyjaxych w kosmosie ludzi, zostanie 
doprowadzonych do tego stanu zywej smierci przez paraliz grawitacyjny, podobnie jak to si§ 
juz stalo w przeszlosci z tysiacami starych przyjaciol i towarzyszy! 

Kapitan Walls odpowiedzial jako pierwszy. Spokojnym, pewnym ruchem, pulchny 
dowodca Sunsprite 'a, wyci^gnal w jego strong rek:§. 

- Kenniston, czy pozwoli mi pan uscisnac swoja^ dlon? Wybaczy mi pan to wszystko? 
Zrobil pan absolutnie to, co bylo sluszne. Jestem starym czlowiekiem kosmosu, i ja wiem 
czym jest paraliz grawitacyjny. 

W ciemnych oczach Glorii rozblysly Izy. 

- Gdybysmy tylko wiedzieli - wyszeptala do Kennistona. - Nikt z nas nie moze tie; winic 
za poswi^cenie takiej gromady bezwartosciowych prozniakowjakmy, wtakiej sprawie. 

- Ale przeciez nic warn si§ nie stanie. Zadnemu z was - zapewnil j^ Kenniston. - John 
Dark zazada od zaplacenia wielkiego okupu, ale kiedy to juz zrobicie, wrocicie bezpiecznie 
na Ziemi§. 

- I dzieki za to Bogu! - zawolala pani Milsom. - Nic nie zrozumialam tego calego 
panskiego belkotu naukowego, ale jedno wiem, ze herszt piratow nie ma w stosunku do mnie 
dobrych zamiarow. Nie wiedzieliscie jakim poz^dliwym wzrokiem na mnie spogladal? 

Wybuch smiechu, ktory przywital to stwierdzenie, nieco rozladowal panujace napi^cie. 
Kenniston odwrocil sie; do Ricky' ego, ktory klepnal go w rami§. 

- A co b^dzie z nami, Lance? - cicho spytal Ricky. - Wiesz, ze nas Dark nie wypusci. 
Ci^gle potrzebuje mnie jako lekarza. 

Hugh Murdock zrobil krok naprzod. 

- Dark pozwolilby warn odejsc, gdybyscie zaplacili dostatecznie wysoki okup. Ja go za 
was zaplace\ 

Hojny gest Murdocka poruszyl Kennistona. Byl w stanie jedynie wymamrotac ciche 
slowa podziekowania. 



W czasie gdy Ricky opatrywal poparzona^ r§k§ kapitana Wallsa, oficer bez przerwy 
wpatrywal si§ z fascynacj^ w kwadratowa^ butelk§ z mlecznym plynem. 
Z wahaniem powiedzial: 

- Mam syna... w domu, na Ziemi. Od piexiu lat lezy w lozku, chory na paraliz 
grawitacyjny, ktory zaatakowal go na Jowiszu. Czy mysli pan moze. . . 

Ricky skinal potwierdzajaco glow^. 

- Tak, panie kapitanie. Jestem pewien, ze teraz be/dziemy mogli go wyleczyc. 

Na zewnatrz, na polanie, wzmogl si§ glosny gwar. Kenniston podszedl do drzwi i wyjrzal 
na dwor. 



35 



Sciana elektryczna zostala na moment opuszczona i do obozu pospiesznie wkroczyli Kin 
Ibo i glowne sily piratow, prowadzaxych zaimprowizowane sanie energetyczne, na ktorych 
przywieziono ciezki ladunek maszyn i materialow. 

Kenniston uslyszal jak Kin Ibo ostrym glosem melduje Johnowi Darkowi. 

- Po drodze do obozu stracilismy przez Westan dwoch ludzi... i niemal stracilismy 
kolejnych dwoch! Nasze dzialania sci^gnely ich tu z calej asteroidy! Tylko na to popatrz! 

Poza sciana^ elektryczna^ ktora^ pospiesznie uniesiono juz z powrotem, mozna bylo 
dostrzec ksztalty przyczajonych rozmaitych zwierzat zamieszkujaxych asteroid^. Szczury 
asteroidowe, wielkie pasiaste koty, plomieniste ptaki, a kazde z tych czajaxych si§ zwierzat 
mialo przymocowanego do karku malego, szarego westanskiego pasozyta. 

John Dark odrzekl szorstko. 

- Zeby naprawic Falcona, musimy sciajmac tu reszt§ tych materialow. 

- M6wi§ ci, ze proba kolejnego przejscia przez te dzungle, oznacza samobojstwo! - 
wykr^cal si§ Marsjanin. - Ci Westanie, to prawdziwe diably! 

- Eeee tarn, wy Marsjanie wszyscy jestescie do siebie podobni. Nie ma z was zadnego 
pozytku, kiedy wchodza^ w gr§ wasze przes^dy - pogardliwie parsknal Dark. - Ja sam 
poprowadz^ ludzi. No dalej, chodzcie tutaj ! Rozladowac te sanie i wracamy do wraku! 

Jego magnetyczna osobowosc naklonila wystraszonych i nieche/tnych piratow do 
wykonania tego zadania. I znow elektryczna sciana na chwile; znikla, aby ich wypuscic. 

Kiedy wracali tuz przed switem, Kenniston uslyszal, ze ich zblizanie obwieszczaja^ trzaski 
pistol etow atomowych. I kiedy sciana zostala opuszczona, John Dark i jego ludzie wpadli do 
obozowiska, z wyladowanymi saniami, w szalehczym pospiechu. 

- Wlaxzyc scianej Szybko! - zaryczal gromki glos Darka. - Cala dzungla teraz wr^cz roi 
si§ od tych diablow. Kiedy wracalismy, dostali pi^ciu z nas! 

Wygladajaxy ponad ramieniem Kennistona Ricky, powiedzial ze strachem: 

- Moj Boze, Lance! Spojrz tylko na nich! Nie wiedzialem nawet, ze tak wielu Westan w 
ogole istnieje! 

Poza migoczaxa^ bariera^ energetyczn^, roilo si§ teraz od mnostwa zwierzat i ptakow, 
opanowanych przez straszliwe, male, szare pasozyty. A ich liczba z kazda^ chwila^ zdawala si§ 
jeszcze rosnac. 

- Ten caly nocny zamet musial przyci^gnac Westan niemal zewszad - wymruczal 
Kenniston. - Nie podoba mi si§ to. Jezeli zawiedzie sciana elektryczna, te stworzenia w par§ 
chwil b§d^ juz na nas. 

Sam Dark zdawal si§ podzielac cz^sc jego obaw, poniewaz zaczal wykrzykiwac 
ponaglajace rozkazy. 

- Wyci^gac te spawarki atomowe i zabierac si§ za mocowanie nowych plyt na ogonie 
Falconal Kin Ibo, zbierz t§ swoja^ band§ i zacznijcie mocowac nowe silniki rakietowe. Ja 
dopilnuj^ instalacji nowych cyklotronow. Jesli b^dziemy dobrze pracowac, moze uda nam si§ 
zakohczyc robots przed jutrzejsza noc^, i natychmiast si§ stad wyniesiemy. 

Przez caly dzieh piraci pracowali z energi^, ktora wyraznie wskazywala na ich gorace 
pragnienie opuszczenia asteroidy. Pragnienie to bylo nieustannie wzmacniane przez coraz 
wieksza^ liczb§ Westan, ktora klebila si§ za sciana^ 

W chwili obecnej, za barier^, widac bylo doslownie setki szarych pasozytow. Kazda 
proba wydostania si§ poza sciane/, bylaby teraz najzwyklejszym samobojstwem. Stworzenia 
ewidentnie zostaly przywabione przez ohydna^ zaxlz§ posiadania na wlasnosc, ciala ludzkiego. 

Gloria, wygladajac na zewnatrz, razem z Kennistonem, mocno si§ wzdrygneja. 

- Co za straszliwy swiat! To jest jak koszmar. 

- Wkrotce, b^dzie to juz za nami - zapewnil ja^ Kenniston. - Spojrz, oni juz niemal 
zakohczyli naprawy Falcona. 



36 



Wytezona praca piratow dawala efekty. Zanim nadeszla kolejna noc, i malutkie 
meteory-ksiezyce ponownie rozblysly na ciemnym niebie, magicznym spektaklem, wszystkie 
zadania zwiazane z napraw^, zostaly wykonane niemal do konca. 

Kenniston i jego towarzysze nie zaryzykowali wystawienia z chaty nawet czubka nosa. 
Piraci byli wsz^dzie na calej polanie, a wszyscy slyszeli jasny i precyzyjny rozkaz Johna 
Darka, zeby zabic kazdego wieznia, ktory opusci przeznaczone dla nich miejsce uwiezienia. 

Ale nawet z chaty, Kenniston oraz pozostali mogli dostrzec, ze buszujaca wokol obozu 
horda zwierzat opanowanych przez Westan, jeszcze bardziej si§ powi^kszyla. Ze straszliw^ 
pozaxlliwosci^, krazyli oni nieustannie wokol migoczacej sciany elektrycznej . 

Kenniston poderwal si§ zaalarmowany przez glosny trzask klody z tylu chaty. Dwie belki 
zostaly doslownie roztrzaskane na kawalki. Przez otwor zajrzala pokancerowana zielona 
twarz, a za nia^ gigantyczne ramiona Holka Ora. 

- Kenniston, dostalem si§ tutaj w ten sposob, poniewaz nie osmielilem si§ poprosic 
Darka o to, aby pozwolil mi si§ z toba^ zobaczyc! - zawolal Jowianin. Na jego twarzy panowal 
wyraz pospiechu. - Dowiedzialem si§, ze Dark nie ma zamiaru pozwolic, aby twoi przyjaciele 
wydostali si§ z Westy zywi. 

- Co? - zawolal Kenniston. - To chyba niemozliwe! Dark powiedzial przeciez, ze 
zatrzyma Gloria i pozostalych dla okupu. 

Hoik Or pospiesznie skinal glow^. 

- Wiem, i wtedy mial zamiar tak zrobic. Ale od tego czasu dowiedzial si§ o czyms, co 
zmienilo jego plany. Dowiedzial si§ tego ode mnie. Jak ostatni glupiec powiedzial em mu 
wszystko, kiedy mnie wypytywal. 

Jowianin mowil dalej najszybciej jak tylko mogl. 

- Powiedzialem mu, ze Murdock wyslal do Kwatery Glownej Patrolu zapytanie przez 
teleaudio, odnosnie mojej kartoteki. Teraz Dark wykalkulowal sobie, ze Patrol przyleci tutaj, 
zeby sprawdzic, czy ta wiadomosc czasami naprawd^ nie oznacza, ze jakies niedobitki bandy 
Johna Darka im uciekly. 

- Dark chce, aby Patrol nadal myslal, ze on i jego banda zostali zniszczeni. Dzieki temu 
b^dzie mogl przeslizgnac si§ na Plutona i zorganizowac tarn sobie nowa^ baze\ A wi§c Dark, 
kiedy stad odleci, chce porzucic pann§ Loring i jej przyjaciol w rozbitym Sunspricie, tak by 
Patrol znalazl ich martwych we wraku i uwierzyl, ze krazownik rozbil si§ przypadkiem. 
Dzieki temu nie b§d^ go dalej szukac, tak jak by si§ to stalo, gdyby cala grupa Panny Loring 
zagineia bez wiesci. A Dark b^dzie mial szans§ przedostac si§ na Plutona, nie wzbudzajac 
alarmu. 

Kenniston nie mogl wyzbyc si§ podejrzeh: 

- Dlaczego nam o tym mowisz, Hoik? Sam przeciez jestes jednym z piratow. 

- Wiem, ale boj§ si§, ze Dark rdwniez i mnie ma zamiar zostawic razem z innymi w 
Sunspriciel - zawolal Hoik Or. - Niczego takiego oczywiscie nie powiedzial, ale wydaje mi 
si§, ze wykombinowal sobie, zeby tak wlasnie zrobic, po to by ta sprawa zapytania o mnie 
przez teleaudio, zostala zamknieta po znalezieniu we wraku moich zwlok, razem z innymi. 

Murdock szybko powiedzial: 

- Kenniston, Jowianin ma racje\ Teraz, kiedy wie, ze moja wiadomosc przez teleaudio 
wzbudzila podejrzenia Patrolu, Dark po prostu musi to wszystko zrobic, zeby ukryc swoje 
slady. 

Hoik Or stwierdzil z naciskiem: 

- Jezeli zdolasz wymyslic jakis sposob przej^cia Falcona, to jestem z tob^, Kenniston! 
Kenniston chodzil po chacie wt^iz powrotem. Wszystkie mysli wypelnilo mu dzikie 

klebowisko koszmarnych lekow. To oznaczalo smierc Glorii i pozostalych, a ostatecznie 
odpowiedzialnosc za ich smierc spada na niego. 

37 



- Mamy tylko jedna^ jedyna^ mozliwosc, przejecia Falcona - w koncu wymamrotal. - Ale 
na milosc Bosk^, wygl^da to naprawde na szalony pomysl. . . 

- Prosze chwileczke zaczekac! - przerwal mu kapitan Walls. - Kenniston, Dark nie 
zostawi na smierc pana i panskiego brata. Nadal potrzebuje panskiego brata jako lekarza. Wy 
dwaj bedziecie bezpieczni, nawet jezeli my wszyscy zginiemy. 

- 1 co z tego? Nie moge pozwolic na to, aby zamordowano Glorie i pozostalych! Moglem 
was poswiecic, kiedy myslalem, ze chodzi jedynie o zatrzymanie was dla okupu, ale to 
wszystko zmienia! - gwaltownie wyrzucil z siebie Kenniston. 

- To nie zmienia absolutnie niczego - pewnym glosem odparl kapitan. - Panskim 
obowi^zkiem jest utrzymanie brata przy zyciu, za wszelka^ cene. Uratowanie tego srodka, 
ktory oznacza zycie i nadzieje dla tysiecy ofiar paralizu grawitacyjnego, takich jak moj syn. 

- Czy chce pan przez to powiedziec, ze powinienem pozwolic, abyscie wszyscy zgineli, 
po to aby uratowac mnie i Ricky' ego? - zawolal Kenniston. - Niech mnie diabli, jesli tak 
zrobie! 

- Nigdy sie na to nie zgodzimy! - goraxo zgodzil sie z nim Ricky Kenniston. - Zaden 
srodek na swiecie nie jest tego wart. 

- Ten srodek, jest! - zarliwie przekonywala Kennistona Gloria. - Kapitan ma zupelna^ 
racje. 

- Nie zrobie tego - powtorzyl Kenniston. - Mam pomysl, dzieki ktoremu moze uda nam 
sie zdobyc Falcona. Sprobujemy tego dokonac. 

- B^dz rozs^dny, Kenniston - przekonywal go Hugh Murdock. - Nikt z nas nie ma broni, 
poza Holkiem Orem. Jakie szanse bedziemy mieli przeciwko setce uzbrojonych po zeby 
piratow? 



JVenniston popatrzyl na brata. 

- Ricky, twoj srodek wzmacnia system nerwowy, chroniax go przeciwko kazdej formie 
wstrz^su lub uszkodzenia, nieprawdaz? Mowiles mi, ze odbywa sie to przez otoczenie 
wlokien nerwowych, nieprzeniknion^ powlok^. 

Ricky potwierdzil z zaintrygowaniem. 

- Tak, taka jest j ego zasada dzialania. Ale w jaki sposob mialoby to nam pomoc? 

- Westanie - przypomnial Kenniston, - przejmuja^ kontrole nad swoimi ofiarami poprzez 
wklucie w system nerwowy ofiary tych malych iglastych antenek, co pozwala im na 
nawi^zanie polaxzenia. Czy twoj srodek bedzie izolowal nerwy zapobiegaj^c takiemu 
pol^czeniu? Czy moze on uczynic czlowieka odpornym na atak Westan? 

- Pewnie, powinien to zrobie! - oznajmil ze zdumieniem Ricky. - Nigdy o tym nie 
pomyslalem, ale to jest zupelnie logiczne. 

- A wiec - szybko dodal Kenniston, - chcialbym abys kazdemu z nas, wl^czaj^c w to 
rowniez i siebie, dal natychmiast zastrzyk z twoj ego srodka. 

Niewzruszona pewnosc w jego glosie, odsunela na bok wszystkie zdumione pytania i 
sprzeciwy. Ricky pospiesznie przygotowal iniektor podskorny i szybko zrobil kazdemu z nich 
zastrzyk z mlecznego plynu, w rozlegle centrum nerwowe na karku. Kenniston zrobil taki sam 
zastrzyk Ricky' emu. 

- Powinnismy wiec bye odporni na atak Westan - blagalnym tonem stwierdzil Kenniston. 

- Ale po co nam to wszystko? - dopytywal sie Hoik Or. - Czy myslisz o probie ucieczki 
do dzungli? 

- Nie, myslalem raczej o przejeciu Falcona. . . przy pomocy Westan - odparl Kenniston. - 
Powiedz mi Hoik, czy mozesz dostac sie do statku i wylaxzyc zasilanie podtrzymuj ^ce 
dzialanie sciany elektrycznej? Czy dalbys rade opuscic sciane? 

Szczeka Jowianina opadla. 

38 



- Czemu nie, pewnie. Mog§ to zrobic, ale wtedy wleja^ si§ tu te hordy Westan, czekajace 
na zewnatrz sciany. . . 

Przerwal, a jego oczy zaczejy robic si§ coraz wieksze. 

- Dobry Boze, a wi§c na tym polega twoj plan? Zeby wpuscic tutaj Westan? 

- Tak - zwiezle odparl Kenniston, z ponurym wyrazem na twarzy. - Zeby wpuscic 
Westan do srodka, tak by zaatakowali piratow. Dzieki temu b^dziemy mieli szans§ na zaj^cie 
statku, jezeli faktycznie ten srodek zabezpiecza nas przed Westanami. 

Straszliwy charakter tej propozycji, sparalizowal ich wszystkich. Ale po chwili w oczach 
Jowianina zajasnial plomien determinacji. 

- Zrobi§ to! - zaklal. - To lepsze niz bezczynnie czekac az Dark mnie zabije, tak jak 
zaplanowal. Badzcie gotowi! 

Jowianin wyslizgnal si§ przez dziur§ w tylnej scianie chaty. Wkrotce zobaczyli jak niby 
mimochodem zbliza si§ do wrot wejsciowych Falcona. 

Wysoka, wladcza postac Johna Darka, stala widoczna w swietle ksi^zycow, wydajac 
ostre rozkazy gromadzie piratow, ktorzy konczyli juz ostatnie prace przy nowych silnikach 
rakietowych. Kenniston powiodl wzrokiem w strong migoczacej sciany elektrycznej i 
olbrzymiej hordy kle/biaxych si§ za ni^, opanowanych przez Westan zwierzat. 

Nagle sciana opadla! A kiedy znikneja elektryczna bariera ochronna, na polan§ rzucila si§ 
chmara zyjaxych na asteroidzie zwierzat. 

- Sciana zgasla! - wrzasnal John Dark, a pistolet atomowy sam wskoczyl mu do reki. - 
Cofac si§ na statek. . . cofac sie/. . . 

Kohcowka okrzyku utone/la w glosnym trzasku jego wlasnej broni atomowej. Pozostali 
piraci rowniez otworzyli szalehczy ogieh do atakujaxych ich ohydnych zwierzat. 

Natychmiast mali szarzy Westanie zaczeh oddzielac sie; od swoich zwierzexych zywicieli 
i wyroili si§ na piratow, wspinajac sie; z oszalamiajaxa^ pre/dkoscia^ po ich nogach i plecach, i 
zatapiajac w ich karkach male antenki. 

Kenniston spostrzegl jak John Dark, z obrzydliwym malym pakunkiem, ktory przywarl 
do tylu jego szyi, odrzucil trzyman^ w reku broh i na sztywnych nogach pow^drowal w strong 
dzungli. Jego twarz stala si§ nieludzk^, pozbawiona^ zycia mask^. Stal sie; ludzkim automatem, 
zdominowanym zupelnie przez obce stworzenie. 

- Dalej, chodzmy! - zawolal Kenniston do przyjaciol. - Teraz mamy szans§ dostac si§ na 
statek! 



Wypadli z chaty, rzucajac sie; w srodek straszliwej bitwy. Piraci teraz probowali z 
wrzaskiem uciekac do dzungli, w nadaremnym wysilku, aby pozbyc sie; hordy Westan. Juz 
ponad polowa rabusiow, zostala przez nich opanowana. 

Kiedy biegli, Kenniston uslyszal krzyk Glorii, poczul szybkie ruchy na swoich plecach, a 
nast^pnie uklucie jakby igl^, wbijajacych sie; w jego szyj§ antenek. 

Ale pasozytowi nie udalo si§ pokonac jego woli! Signal r§k^ ponad ramieniem, chwycil 
i oderwal ohydne male stworzenie od plecow, a nast^pnie z silnym obrzydzeniem rzucil nim o 
ziemi§. 

- Twoj srodek dziala, Ricky! Jestesmy na nich odporni! - wysapal zdyszany ze strachu. - 
Ale pospieszmy siej 

Kiedy biegli dalej, inni Westanie rowniez probowali wspinac sie; po nich, jak straszliwe 
szare pajaki, ale byli zupelnie bezsilni, nie mogac przejac nad nimi kontroli. Odrywali i 
rzucali na ziemi§ kolejne stworzenia, a nast^pnie ruszali dalej. 

We wlazie Falcona pojawil si§ Hoik Or, z rozpalona^ twarzy, a jego pistolet atomowy 
zalewal fala^ niszczaxego ognia piratow znajdujaxych sie; wewnatrz statku. 



39 



- Oczyscilem z nich caly statek! - krzyknal Jowianin do Kennistona. - Wynosmy si§ 
stad! 

Byl juz na to najwyzszy czas, tak wi§c zrobili to bez wahania. Niemal wszyscy z piratow 
Johna Darka, zostali juz przej^ci przez Westan, i stali si§ sterowanymi przez pasozyty 
robotami, ktore krok za krokiem pokustykaly w dzungl§. Roje pozostalych Westan p^dzily 
juz w strong grupy Kennistona. 

Wpadli do srodka Falcona i zatrzasneH za soba^ wrota wejsciowe. Statek zostal w pelni, 
chociaz prowizorycznie, naprawiony, i gotow byl do natychmiastowego odlotu. Kapitan 
Walls i ludzie z zalogi Sunsprite 'a, pospiesznie uruchomili nowo zainstalowane cyklotrony, 
podczas gdy Kenniston wraz z pozostalymi, pospieszyli na mostek. 

Kenniston przejal stery. Wielki czarny statek piracki skoczyl w gor§, popychany ci^giem 
zamontowanych na kadlubie i ogonie silnikow rakietowych, a nastejmie ostra^ trajektori^ 
wzniosl si§ w kierunku cudownego, wypelnionego niezliczonymi p^dzaxymi malymi 
ksiezycami, nieba. 

Zanim minela kolejna godzina, Falcon przedarl si§ w przestrzen zewneJxzn^, 
przechodzac przez okresow^ szczelin^ w roju krazaxych wokol asteroidy meteorow. Teraz 
p^dzil juz przez kosmos ze stale zwiekszajaxa^ si§ szybkosci^, z kazda^ chwila oddalajac si§ od 
Planety Tysiaca Ksiezycow. 

- Skierujemy si§ na Marsa - powiedzial pozostalym Kenniston. - Musimy zameldowac o 
tym, co tutaj si§ stalo, Patrol owi. 

- Jesli nie mialbys nic przeciwko temu - pospiesznie wtracil Hoik Or, - to prosilbym, 
zebys wczesniej zostawil mnie gdzies, na ktorejs z asteroid. Nie czuj§ specjalnej ochoty na 
spotkanie z Patrolem. 

Kapitan Walls uspokajal Jowianina. 

- Nonsens! Po tym, co dla nas zrobiles, otrzymasz od Patrolu pelna^ amnesty. 

- Mozesz na to liczyc - zapewnil niespokojnego Jowianina rowniez Hugh Murdock. - 
Tarn w domu, na Ziemi, mamy ostatecznie pewne wplywy. 

- No coz. Wobec tego zdaje sie/, ze b§d§ musial rozpoczac uczciwe zycie - westchnal 
Hoik Or. - I tak wszystkie prawdziwe pirackie bandy, obecnie sa^ juz przeszlosci^. - Kiedy 
wychodzil z mostka, krexil ciezko glow^. - Ten Uklad z pewnoscia^ nie b^dzie juz tym co 
kiedys. 

Kapitan Walls z zarliwoscia^ w glosie zapytal Ricky' ego. 

- Czy jest pan zupelnie pewien, ze panski srodek wyleczy mojego syna? Przez te 
wszystkie lata tingle mialem nadziej^, i modlilem si§. . . 

- Jestem pewien - usmiechnal sie; Pvicky. - Kiedy wrocimy na Ziemi§, w ci^gu kilku 
tygodni paraliz grawitacyjny stanie sie; jedynie zmora^ z przeszlosci. 

Obaj wyszli, razem ze wszystkimi. Gloria jednak zwlekala z opuszczeniem mostka, i 
zostala sama z Kennistonem. 

- Co zrobisz, kiedy znajdziemy sie; juz w domu? - spytala go cichym glosem. 

- Och, wroc§ w kosmos - odparl, nieco nieswojo. - Teraz, kiedy praca Ricky' ego 
zakonczyla si§ sukcesem, nic juz mnie nie trzyma na Ziemi. 

- Nic ci§ nie trzyma na Ziemi? - powtorzyla Gloria. - Powiedzialabym, ze to jest chyba 
najbardziej nieuprzejma kwestia, jaka^ w zyciu uslyszalam. 

Zarumienil sie/. 

- Chyba nie chodzi ci. . . tej nocy, na Sunsprite. . . pewnie nie bralas tego na powaznie. . . 

- Twoje namieme oswiadczyny zostaly przyjete - spokojnie stwierdzila Gloria. 
Kenniston byl kompletnie oslupialy. 

- Ale ja nie mialem zamiaru si§ oswiadczac! To znaczy... kocham tie/, i dobrze o tym 
wiesz, ale ty jestes dziedziczk^, a ja. . . 



40 



- Be/dziemy jeszcze mieli cala^ drog§ na Marsa, zeby to przedyskutowac - obiecala mu. 
I cos mi si§ wydaje, ze to moje bedzie na wierzchu. 
Kennistonowi wydawalo si§ dokladnie tak samo. 



KONIEC 



41